niedziela, 12 maja 2013

Rozdział trzeci: Sprawię, że będziesz drżał pod wpływem mojego dotyku nawet w czeluściach swojego umysłu.



Drżące ręce. Przyspieszony oddech. Ciarki na plecach. Jego głos. Tak obcy, a jednak tak znajomy. Biegnę przed siebie, szukając pomocy. Goni mnie. Słyszę jego kroki. Słyszę jego szept. Ciemność. Jest blisko. Czuję to. Mój koniec jest bliski. Pokona mnie jednym słowem. Jednym spojrzeniem pozbawi wszystkiego, na co tak długo pracowałem. Wygra tę wojnę. Jest nade mną. Jest potężny. Góruje. Przewracam się. Nie mam szans na ucieczkę. Leżę w bezruchu, czekając na jego reakcję. To jego kolej. Czekam aż mnie zgładzi. Stoi nade mną. Widzę jego twarz. Słyszę spokojny oddech. Śmieje się. Bawi go moja porażka. Kuca przy mnie, aby w świetle lampy pokazać mi, że to on jest tym, który wbije mi nóż w plecy. Teraz milczy. Spogląda na mnie, po czym otwiera usta, aby mnie poniżyć. Zaciskam oczy, nie chcąc na niego patrzyć. 

- Jesteś taki piękny, kiedy leżysz pode mną przerażony. Kto teraz jest zerem, szefie? - śmieje się głośno. Milczę. - Nic nie powiesz? - Zaprzeczam.  - Jesteś taki piękny, Liam. Naprawdę piękny.          

Chcę krzyczeć, ale nie mogę. Drżę. Jest zbyt blisko. Czuję jego perfumy. Tak intensywny zapach należy tylko do niego. Otwieram oczy. Patrzy na mnie ze spokojem. Skąd u niego takie opanowanie? 

- Boisz się, Liam? - Jego dłoń spoczywa na moim policzku. - Jesteś gotowy na swoją porażkę? 
Zaprzeczam. On śmieje się głośno i mocno chwyta mnie za włosy, zmuszając do tego, abym się podniósł. Boję się. Jego twarz przybiera psychodeliczny wyraz. Chcę już mieć to za sobą. 

- No dalej. Skończ ze mną - mówię drżącym głosem.

Nadal na mnie patrzy. Tym razem ciepło.

- Tak piękny, a tak zepsuty - kręci głową z niedowierzaniem.

Zaciskam oczy. Czekam na koniec. Czekam na finał. Jestem gotowy na ból. Wiedziałem, że to nastąpi. Czuję jego oddech na moich ustach. Jego mocne ręce brutalnie szarpią mnie, przyciągając mnie bliżej.

- Taki piękny…

Koniec? Inaczej go sobie wyobrażałem. Jego wargi na moich są czymś obcym. Czymś zbyt przyjemnym, aby było końcem. Odrywa się ode mnie. Patrzy na mnie. Chce coś powiedzieć. Jego spojrzenie jest czułe, jakby chciał mi przekazać coś ważnego. Coś istotnego. Uchyla usta. Słyszę jego szept. Nic nie rozumiem.

- Zayn?

Bez skutku. Słyszę go coraz mniej wyraźnie.

- Zayn? Powtórz. Proszę… 


Budzik.


Oblany zimnym potem, obudziłem się, dysząc ciężko. Natychmiastowo spojrzałem na wciąż dzwoniący budzik, który wywiercał dziurę w moim mózgu. Podniosłem się do pionu, ręką przeczesując moje rozczochrane włosy, nadal wpatrując się w brzęczące ustrojstwo. Wdech i wydech, to tylko sen. Kiedy moja podświadomość zarejestrowała, że od kiedy otworzyłem oczy, nie jestem w krainie snu, mogłem spokojnie wyłączyć budzik. Kiedy chciałem wstać,  mój wzrok zarejestrował nieznajomy obiekt leżący obok mnie.

- Cześć, Liam – naga, czarnowłosa kobieta, której imienia nie pamiętam, uśmiechała się pod nosem, mierząc mój tors spojrzeniem. Poczułem jak niesamowity ból przeszywa moją czaszkę i dopiero wtedy dotarły do mnie wydarzenia z wczorajszego wieczora.

- Jakkolwiek masz na imię, zbieraj się i zniknij – westchnąłem, ukrywając twarz w dłoniach, ale moja towarzyszka nie zamierzała tego robić. Przysunęła się bliżej i jej pełne usta musnęły mój obojczyk.

- Może chciałbyś to jeszcze kiedyś powtórzyć? – jej usta ciągle błądziły po mojej skórze, a ja byłem bliski wybuchu złości. Zdecydowanie odsunąłem ją od siebie i odrzuciłem wrogiem spojrzeniem.

- Nie lubię się powtarzać – niemal warknąłem.

- Ciekawe co na to twoje powtarzające się tej nocy jęki – odpowiedziała, opuszczając łóżko i zbierając z podłogi swoje ciuchy. – Mogę chociaż wziąć prysznic?

- Nie – odpowiedziałem ostro.

Mając gdzieś czy dziewczyna trafi do wyjścia, czy też nie, położyłem się z powrotem, lokując wzrok w suficie. Oddychałem głęboko, aż do moich uszu nie dotarł podniesiony głos mojej narzeczonej. Zamknąłem oczy, czekając na apokalipsę.

- Liamie Jamesie Payne! – jej krzyk był doskonale słyszany jeszcze przed przekroczeniem drzwi sypialni. Ignorując ją, owinąłem się kołdrą i myślami już znalazłem się w przytulnym studiu z grupką przyjaciół. – Kim była ta dziwka?! – drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich sam diabeł - Danielle Peazer.

- Sama odpowiedziałaś sobie na swoje pytania. To właśnie była dziwka, kochanie – odpowiedziałem bez emocji. – Skoro moja narzeczona woli rozchylać nogi przed choreografami zamiast przed swoim narzeczonym, to poradziłem sobie sam. Dziękuję – zezłoszczony wstałem z łóżka i mijając ją w progu, w jej oczach zobaczyłem niedowierzanie. – Zresztą, chyba kazałem ci się wynieść, prawda?

- Nie masz serca, Payne – wysyczała.

- Dobrze, że ty je masz – obojętnie wzruszyłem ramionami i podszedłem do lodówki, aby wyciągnąć z niej dzbanek z sokiem pomarańczowym. Dziewczyna stała jeszcze przez chwilę. przyglądając mi się, ale nie obchodziła mnie jej osoba. Usiadłem na kanapie, pijąc zimny napój, a ona zajęła miejsce obok mnie.

- Kiedy to wszystko między nami się zepsuło, Liam? – westchnęła, kładąc dłoń na moim kolanie.

- Nie wiesz kiedy? – zaśmiałem się ironicznie. – W momencie, kiedy zaczęłaś bawić się w swatkę. W momencie, kiedy twojego własnego kuzyna zmieszałaś z błotem, bo nie chciał umówić się z Eleanor, bo do jasnej cholery jest gejem. W momencie, kiedy obrażanie Lou i Harry’ego zaczęło sprawiać ci przyjemność. W momencie, kiedy powiedziałem ci, że mi się to nie podoba. W momencie, kiedy przestałaś szanować moją ciężką pracę – westchnąłem.

- Dlaczego Louis i Harry mają tak duży wpływ na nasz związek?! – lekko uniosła głos.

- Bo to moi przyjaciele. Wiedzą, co to ciężka praca i nie obwiniają mnie za brak wolnego. Są ze mną wtedy, kiedy ich potrzebuję i nie zamykają mi mojej własnej sypialni! – wstałem zirytowany. – Danielle, po prostu wyjdź. Może potrzebujemy czasu, może wszystko się ułoży, kiedy będę miał mniej pracy. Nie wiem, na razie nie wyobrażam sobie tego.

- Masz kogoś innego, prawda? Jest modelką? Aktorką? Jest ładniejsza niż ja? Ma lepsze ciało? Często ją pieprzysz? – jej głos stawał się coraz bardziej agresywny.

- Nie mam nawet czasu wziąć długiego prysznica, a ty podejrzewasz mnie o to, że mam romans? Jesteś śmieszna – parsknąłem. – Nie mam czasu na rozmowy tego typu. Czeka mnie pracowity dzień. Wyjdź albo przynajmniej mi nie przeszkadzaj.

Przez chwilę patrzyłem jej w oczy, ale pierwsza odwróciła wzrok. Nie mówiąc nic, chwyciła swoją torbę i wyszła bez słowa. Może jednak miała rację i jestem zbyt zimny? Nie mam głowy do rozmyślań na ten temat. Tak długo, jak widok Zayna klęczącego nade mną będzie w mojej głowie, nie będę w stanie funkcjonować. Czas zebrać się do pracy.

~7:30~

- Zabijcie mnie – głośnym westchnieniem powitałem moich przyjaciół. Obie ręce zajęte miałem przez kubki z kawą, tudzież innym gorącym napojem oraz plastikowymi pojemnikami z parującymi jeszcze pączkami. Typowe śniadanie mojej ekipy.

- Co znowu? – Harry wywrócił oczami, odbierając ode mnie to, co było przeznaczone dla niego. – Albo wiesz co? Nie mów – jego perlisty śmiech przeszył powietrze.

- Dotarła do nas wiadomość, że zeszłej nocy zaszalałeś w klubie z Saszą. Mogłeś powiedzieć, że idziesz pić, to poszlibyśmy z tobą – Louis stał oparty o biurko ze skrzyżowanymi rękoma na piersi.

- Nie jesteście wystarczająco fajni, żeby pić z Saszą – Chloe zaśmiała się głośno, a ja pokiwałem głową z politowaniem.

- Śnił mi się Zayn – powiedziałem, aby nie ciągnąć dalej tamtego tematu.

- Oj, stary, to musiał być przyjemny sen – twarz kędzierzawego przyozdobił wścibski uśmiech.

- Był dziwny – wzruszyłem ramionami.

- Opowiedz nam, nie krępuj się – Louis spojrzał na mnie przyjaźnie.

- Wolałbym nie – stwierdziłem, a oni odpuścili temat.

- Harrym mam do ciebie sprawę. Co prawda nie tyle do ciebie, co do twojego brata. – Chloe idealnie wyczuła moment, aby rozpocząć pochłaniającą rozmowę.

- Do Eda? – twarz kędzierzawego pokryło zdziwienie.

- A ilu masz braci? – ChaCha wywróciła oczami zażenowana.

- No jednego. Co chcesz od mojego cnotliwego braciszka? Nie prześpi się z tobą. On czeka na odpowiednią osobę, nie wyglądasz mi na taką – komentarz Harry’ego wywołał uśmiech na mojej twarzy. Mimo tego, iż Ed i Harry byli w tym samym wieku, Harry zawsze pełnił funkcję starszego brata.

- Nie chcę spać z Edem, idioto. Chcę go zatrudnić, jako opiekunkę do dziecka.

- Jeśli mówisz o tym dziecku, o którym ja myślę, że mówisz, to odpowiedź brzmi „nie” – Styles niemal warknął, a ja uniosłem brwi ze zdziwienia.

- Mówię o moi bracie, Francesco – odpowiedziała naturalnie.

- I właśnie dlatego moja odpowiedź brzmi nie. W tamtym roku wyraziłem na to zgodę, ale w tym roku nie ma szans! Francesco ma szesnaście lat, poradzi sobie. Nie potrzebuje mojego brata jako niańki. – Harry w dalszym ciągu się bulwersował.

- Chloe, wszyscy pamiętamy, jak skończył się pobyt Francesco w tamtym roku… – Louis poparł zdanie swojego chłopaka.

- A ja uważam, że Ed zabiłby was obu za to, że nie chcecie mu pozwolić – obojętnie wzruszyłem ramionami.

- Właśnie, Ed jest dorosły. Pozwólcie mu zdecydować – broniła się Chloe.

- Tak, tylko to nie ty musiałaś przez ponad tydzień siedzieć i znosić łzy swojego brata bliźniaka! Wiesz jaki jest. On strasznie łatwo się przywiązuje. W tamtym roku wystarczyły dwa tygodnie i on nie mógł się pozbierać po tym, jak twój braciszek wrócił do Londynu. To ja i Louis mu pomagaliśmy dojść do siebie. W tym roku będzie tak samo. Nie chcę, żeby cierpiał. Ja chcę, żeby był szczęśliwy – Harry ze zrezygnowaniem oparł głowę o ramię Lou.

- W tym roku zostanie tu na dłużej. Ojciec jedzie na Florydę ze swoją nową laską, a Francesco chce przyjechać tutaj. Nie mogę mu odmówić, a wiecie, że mamy sporo roboty. W ostatnim roku ten dzieciak zmieniał szkołę aż cztery razy, bo mój ojciec nie potrafi usiedzieć na miejscu, więc młody nawet nie ma żadnych przyjaciół. Dzwonił do mnie i prosił, abym go tu wzięła, bo Ed to jego jedyny przyjaciel. Oni nadal mają ze sobą kontakt, Harry – poniekąd popierałem Chloe, jednakże wiedziałem, jak tragicznie w skutkach może się to skończyć dla psychiki Eda, ponieważ jeśli o rozwój emocjonalny chodzi, to Edward zatrzymał się gdzieś na poziomie sześciolatka.

- Niech ci będzie, ale robię to tylko dlatego, bo wiem, że Ed dla przyjaciela zrobi dosłownie wszystko – Harry oparł się o Lou ze zrezygnowaniem.

- Dobra, to skoro już ustaliliśmy, że Ed ma pozwolenie na zajmowanie się Francesco, to mogę wam powiedzieć o tym, że chyba zerwę z Danielle? – zapytałem, upijając łyk kawy.

- W końcu jakiś postęp! – Harry uniósł ręce ku niebu. – Myślałem, że nigdy nie wyciągniesz wniosków! – zaśmiał się.

- Tylko załatwcie to jak ludzie, nie jak zwierzęta – nakazał Louis, grożąc mi palcem.

- Spokojnie, nie jestem aż takim kretynem. A teraz jedzmy, bo inaczej pączki wystygną nam całkowicie. Smacznego.

Przez dłuższą chwilę konsumowaliśmy, nie odzywając się ani słowem. Czułem się lepiej niż po przebudzeniu. Świadomość tego, że moi przyjaciele są gotowi mnie wspierać, ponosiła mnie na duchu. W ostatnim czasie byli moim jedynym promieniem słońca w deszczowe dni. Byłem wdzięczny losowi za to, ze postawił ich na mojej drodze. Obserwując jak Louis obejmuje Harry’ego w pasie, mogłem niemal poczuć ich szczęście. Większość ludzi ma mnie za znieczulonego dupka, który jest pozbawiony emocji i nic nie budzi ciepła w jego sercu. To nieprawda. Właśnie patrząc na miłość, jaką darzą się moi przyjaciele, przypominam sobie o tym, że czuję. Wiele bym oddał, aby spotkać osobę, dla której znaczyłbym tyle, ile oni znaczą dla siebie. Co prawda, mam Danielle, ale to już nie to samo. Już dawno przestaliśmy darzyć się uczuciem. Jej zarozumiałość i egoizm powoli przemieniały mnie w zamkniętego na miłość dupka. W momencie przeprowadzki do Paryża, nasze relacje były inne. Dan często odwiedzała mnie w studiu, gotowała dla nas obiady i była miła. Teraz wszystko się zmieniło. Moja popularność poniekąd jej pomagała. Często po powrocie z castingów, opowiadała mi o tym, że pytanie, czy jest moją dziewczyną staje się normą. Nie narzekałem. Niestety nic nie trwa wiecznie i każda bańka mydlana kiedyś pęknie. No może za wyjątkiem tej, w której żyją Louis i Harry. Danielle stała się zaborcza, a cała dotychczasowa empatia wyparowała. To już nie potrwa długo.

Ciszę, która panowała w studiu, przerwało ciche pukanie do drzwi. Nie mając pojęcia, kto jeszcze w tym budynku puka do drzwi mojego biura, ruszyłem w ich kierunku i otworzyłem. Mój wzrok zarejestrował wysokiego, kędzierzawego chłopaka, którego mina mówiła sama za siebie.

- Cześć Ed, coś się stało? – zapytałem, wpuszczając go do środka.

- Dzień dobry, Liam. Przepraszam, że przerywam wam pracę – jego niski głos brzmiał niesamowicie smutno.

- Nie przepraszaj, jeszcze nie zaczęliśmy – spojrzałem w jego oczy, ale on tyko westchnął ciężko i ruszył w kierunku kanapy.

- Ed? – Harry na widok swojego brata bliźniaka lekko się dziwił. – Czy ty nie powinieneś być w pracy? – mój przyjaciel od razu oderwał się od Lou i zajął miejsce obok swojego klona.

- Powinienem – ponownie westchnął.

- Ed powiedz nam co się stało, bo się martwimy – Louis przysiadł się do niego na kanapie.

W pomieszczaniu zapadła cisza. Edward Styles był jedną z najbardziej kulturalnych, wrażliwych i uroczych osób, które chodzą po tej ziemi. Z wyglądu wcale nie różnił się od Harry’ego, jednak ich wnętrze było zupełnie inne. Harry przejął wszystkie szalone geny ich rodziców, jednak Ed był zdecydowanie bardziej spokojny i opanowany. W całym moim życiu ani razu nie byłem świadkiem wybuchu złości ze strony Eda, jednakże wybuchy furii Harry’ego zdarzały się średnio raz na tydzień. Byli jak ogień i woda. Kiedy Harry przeklinał w nerwach, Ed upominał go wielokrotnie, że jest to niekulturalne i powinien przestać. Kiedy Harry wiecznie walczył z nauczycielami o swoje oceny, Ed z pokorą przyjmował każdą otrzymaną krytykę. Kiedy Harry wymykał się z domu w środku nocy, Ed już od godziny dziewiątej spokojnie spał. Kiedy rodzice prosili Harry’ego, aby coś zrobił, wiecznie była awantura, jeśli jednak prace domowe przypadały na Eda, wszystko było zrobione, zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć. Kiedy Harry wracał pijany z imprezy, Ed nawet nie znał smaku alkoholu. Niby bliźniacy, a jednak tak wielkie przeciwieństwa. Jedno jednak jest w nich identyczne – braterska miłość. Oboje wskoczyliby za sobą w ogień i mimo różnic, które powinny ich dzielić, nie potrafią bez siebie żyć, czego skutkiem jest to, iż Ed nadal mieszka z Harrym. Jeszcze na początku naszej wspólnej przygody z tą branżą, cała nasza czwórka kisiła się w jednym, malutkim mieszkaniu. Ja, Louis, Harry i Ed dawaliśmy sobie radę. Paryż był dla nas obcy, a Danielle nie od razu zdecydowała się do nas dołączyć. Wszystko było niepewne i wiele razy nie mieliśmy czego włożyć do garnka. Wtedy pojawiła się Madame Angelique, która podała nam pomocną dłoń. Kiedy ja, Louis i Harry urządzaliśmy się w naszym studiu, Ed postanowił podjąć pracę w pobliskiej kawiarni. Wiecznie uważał się za nasz kłopot, jednak prawda była taka, że gdyby nie on, to nie dalibyśmy sobie rady. Po ciężkim dniu pracy kolacja zawsze czekała na nas na stole, a mieszkanie lśniło czystością. Kiedy wszystko zaczęło nabierać tempa, Danielle za zgodą swoich konserwatywnych rodziców przeprowadziła się do Paryża. Razem wynajęliśmy przytulne mieszkanko, które z biegiem czasu przestało spełniać nasze wymagania, więc przenieśliśmy się do czegoś większego. Jak to mówią, apatyt rośnie w miarę jedzenia. Jednak Harry, Louis i Ed nie mieli takich aspiracji. Edward konsekwentnie protestował, aby nie zmieniali mieszkania, bo to, które zajmowali - i nadal zajmują - jest wystarczające. Harry toczył zawzięte spory o to, aby mimo wszystko zainwestować w coś większego, jednakże Ed zdobył decydujący punkt, uzasadniając swoją niechęć do większej przestrzeni słowami: nie chcę większego mieszkania, aby się od was nie oddalić. Po gruntownym remoncie ich mieszkanko zostało idealnie przystosowane do potrzeb trzech osób, więc zarówno zakochane gołąbeczki, jak i sam Edward mają dla siebie kawałek podłogi.

- Ed… – Harry troskliwie objął swego brata ramieniem. – Masz kłopoty w pracy?

- Już nie mam pracy – oczy chłopaka zaszkliły się łzami, jednakże żadna z nich nie spłynęła mu po policzkach.

- Co? Jak to? – Louis wyglądał na zdezorientowanego.

- Zwolnili mnie – Ed niemal wyszeptał.

- Tak mi przykro, Eddie – Harry przytulił swojego brata do siebie. Wszyscy wiedzieliśmy, jak bardzo Ed kochał swoją robotę. Praca w kawiarni wymagała od niego to, co już miał wrodzone. Zawsze był uprzejmy, uśmiechnięty i uczciwy. Co w takim razie doprowadziło do utraty pracy? – Nabroiłeś coś?

- Ostatnio złapał mnie dołek i zbiłem kilkanaście talerzyków, kilka szklanek i wielokrotnie pomyliłem zamówienia. Szef się wkurzył i powiedział, że już tam nie pracuję. Mówiłem ci Harry, że straszna ze mnie ciamajda – powiedział, spuszczając wzrok.

- Twój szef to kretyn. Każdy ma gorsze dni. Zamiast wysłać cię na urlop, to stracił niesamowitego pracownika – Louis starał się pocieszyć Eda, jednak to nie bardzo pomagało. Nasze studio zaczęło przeistaczać się w poradnię psychologiczną.

- Nie wolno tak mówić o starszych – stwierdził Edward. – Zasłużyłem. Znajdę nową pracę, obiecuję. Nie wyrzucajcie mnie z mieszkania, proszę…

- Co? Nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby cię wyrzucać! To tak samo twoje mieszkanie, jak i nasze – Louis był w lekkim szoku spowodowanym wypowiedzią bliźniaka.

- Eddie, jesteś moim bratem bliźniakiem. Jesteś wszystkim tym, czym ja nie jestem. Jesteś moim przyjacielem i znakomicie gotujesz. Nawet gdybyś zbił w domu całą zastawę włoską, to nie wyrzuciłbym cię z mieszkania. Zawsze będę kochał cię tak samo, bo jesteś częścią mnie, tak jak i ja jestem częścią ciebie, głuptasie – Harry zaśmiał się dźwięcznie.

- Dzięki, Harry. Cieszę się, że mam takiego brata – Ed uśmiechnął się lekko. – A ty Louis jesteś najlepszym szwagrem na świecie.

Jeszcze przez chwilę obserwowałem, jak Harry i Lou wywołują uśmiech na twarzy Edwarda. Ten widok wywołał u mnie ciepło. Zanim jednak zdążyłem się nacieszyć się tym, co widzę, Chloe przerwała im dyskusję na temat tego, co zjedzą na kolację.

- Ed, mam dla ciebie wiadomość i prośbę zarazem – usiadła na kanapie tuż obok Harry’ego.

- Słucham cię uważnie – jego twarz przybrała łagodny wyraz.

- Nie zechciałbyś może… – usłyszałem głośne westchnienie jedynej kobiety w tym pomieszczeniu, gdyż pozwoliłem Lottie zaczynać pracę dopiero od dziewiątej. – Skoro i tak nie masz na razie zajęcia…

- Chloe, po prostu powiedz.– Edward posłał jej promienny uśmiech.

- Francesco ma przyjechać pod koniec czerwca i…

- Tak! – Ed gwałtownie wstał z kanapy pełen podekscytowania.

- To znaczy, że…

- Zajmę się nim. Zorganizuję mu zajęcie, a on wypełni moją pustkę po pracy w kawiarni – Edward był niesamowicie szczęśliwy, iż Francesco będzie gościł w Paryżu również w tym roku. Nie dziwiłem mu się. Frances był bardzo miłym i zabawnym chłopcem, a ich znajomość rozwinęła się w szybkim tempie podczas ostatnich wakacji. Ed był bardzo opiekuńczy w stosunku do młodego, więc na pewno nigdy nic im nie zagrażało. Jedno było pewne - Harry’emu się to nie podobało.

- W takim razie jesteśmy umówieni. Dzięki, Ed.

- Zawsze do usług, ChaCha.


Do obiadu Edward postanowił dotrzymać nam towarzystwa, więc był z nami, kiedy wychodziłem z siebie podczas sesji do magazynu. Harry miał ręce pełne roboty, zresztą tak samo, jak ja i Chloe. Trudno się dziwić, że szło nam tak opornie, skoro cały czas w głowie miałem obraz z mojego koszmaru. Nie potrafiłem się skupić nad rzeczami właściwymi i ciągle moje myśli odpływały w kierunku Zayna. Bałem się naszej sesji. Bałem się, że będzie zbyt dobry, ale czy nie o to chodziło? Miałem cichą nadzieję, że pan Malik wyrazi chęć bezproblemowej współpracy i nie będę musiał znów relaksować się w nieodpowiedni sposób. Czułem nasilający się ból głowy, więc postanowiłem dać sobie kilka minut na poukładanie myśli.

- Przerwa – oznajmiłem. masując swoje skronie.

- Znowu? Liam ty chyba sobie jaja robisz – zbulwersowany Harry stanął przede mną. – Mógłbyś łaskawie wziąć się w garść, bo my wszyscy zapieprzamy, żeby wyszło jak najlepiej, a ty masz to w dupie. Chloe poprawia im makijaż już trzeci raz, ja ciągle latam z lakierem do włosów, żeby to twoje nazwisko zyskało siłę – widziałem, że miał rację, ale tylko burknąłem pod nosem coś nawet dla mnie niezrozumiałego i podszedłem do stolika, aby napić się wody.

- Liam, a może jesteś chory? – Ed zapytał z troską.

- Nic mi nie jest. Po prostu się stresuję – wywróciłem oczami, jakby to nie było nic wielkiego.

- Czym? Zrobieniem kilku zdjęć do szmatławca dla zdesperowanych kobiet? – zbulwersowanie Harry’ego szybko przerodziło się w czystą złość. – Od kołyski latasz z aparatem. To łatwe. Nie dramatyzuj. Do cholery, już nieraz robiłeś wiele trudniejszych rzeczy!

- Przystopuj skarbie – dłoń Lou wylądowała na plecach jego chłopaka, a ja westchnąłem. – Liamowi chodzi o coś innego. Dziś sesja z Zaynem. Nasz misiek po prostu nie wie, jak to się skończy – Louis wzruszył ramionami z uśmieszkiem na twarzy. – Przy odrobinie szczęścia wylądują w łóżku, a przy odrobinie mniej szczęścia, Liam go wyrzuci ze studia z hukiem. Nic wielkiego. Takie rzeczy się zdarzają.

- W filmach – dodałem unosząc brew.

- Ekhem – odchrząknęła Chloe. – Zgadnijcie kto zaraz wyjdzie z tego pomieszczenia i wróci, jak szef zacznie traktować robotę poważnie.

- Dobra, dobra. Już się ogarniam. Skończmy to szybko i chodźmy coś zjeść – powiedziałam, chwytając aparat w dłoń.

- Niestety Liam, Harry i ja mamy inne plany – Louis posłał mi lekki uśmiech, a ja nie zadawałem pytań.

- Ed, mam nadzieję, że mnie nie opuścisz – spojrzałem na niego błagalnie, a jego dziecięca twarz rozbłysła.

- Jeśli to jest zaproszenie na lunch, to zgadzam się – puścił mi oko, a ja podziękowałem Bogu za to, że nie będę musiał spędzać tego czasu samotnie.

- No to do roboty.


Po dwóch już nieco spokojniejszych godzinach, mogłem bez wyrzutów sumienia uznać sesję za zakończoną. Wszyscy odetchnęli z ulgą, a ja udałem się do swojego biura, aby wybrać te najlepsze zdjęcia. Po niecałych dziesięciu minutach do moich uszu dotarło pukanie do drzwi.

- Proszę – mój wzrok padł na Lou wchodzącego do pomieszczenia.

- Możemy już iść na lunch? Wrócimy z Zaynem – jego ciepłe spojrzenie wcale nie zapobiegło mojemu napadowi paniki.

- Idziecie na lunch z moim modelem? – uniosłem brwi, lekko zszokowany.

- Znasz go jeden dzień, a już jesteś zaborczy. Mrauć. Ale odpowiedź na twoje pytanie brzmi „tak”. Harry zaproponował mu to wczoraj no i… ja nie mam nic przeciwko. Jest w porządku. Chcemy go lepiej poznać, jeśli mamy razem pracować. Też powinieneś spróbować – moja opinia trochę różniła się od tej, którą posiadał Tommo, więc zignorowałem jego uwagę i zmieniłem temat.

- Które zdjęcia jest lepsze? To z prawego czy z lewego profilu? – palcem wskazałem na monitor, a Lou zamyślił się lekko.

- Myślę, że to z lewego.

- Też tak myślałem. Dzięki – uśmiechnąłem się lekko, ale w środku żyłem obawą, że ten model najpierw ukradnie mi rozsądek, a potem przyjaciół.

- Nie łam się. Jakby coś poszło nie tak, to wiesz, że ja, Harry i Chloe tam będziemy. Nie będziesz z nim sam. Przecież cię nie zje – zaśmiał się dźwięcznie, a do mnie dotarło, jak niemęsko się zachowuję.

- Dam sobie radę. Jestem profesjonalistą, prawda? – mą twarz przyozdobił uśmiech, a Louis skinął głową.

- Tak jest, mistrzu. Uciekam, bo Harry jest zniecierpliwiony i nie chce się spóźnić. Widzimy się później – mój przyjaciel pomachał mi na do widzenia, a ja wróciłem do przeglądania zdjęć. Nie wiem, ile to trwało, ale w momencie, kiedy zgasł prąd, dotarło do mnie, że zapomniałem o Edzie. Jak poparzony wybiegłem z biura i rozejrzałem się dookoła. Ujrzałem go stojącego przy włączniku prądu z ogromnym uśmiechem na twarzy.

- Przepraszam, trochę się pochłonąłem wyborem tych zdjęć – nerwowo przygryzłem wargę, a on roześmiał się.

- W porządku. Poczekałbym aż skończysz, ale jestem głodny jak wilk – złapał się za brzuch, robiąc przy tym niezadowoloną minę.

- Wybacz. Możemy już jechać. Na co masz ochotę? – zapytałem. obejmując ramieniem mojego przybranego, młodszego brata.

- Na cokolwiek.

- W takim razie jedziemy do mojej ulubionej knajpki.

Po entuzjastycznym skinięciu głową przez Eda, upuściliśmy studio. Dobrze, że mam takich przyjaciół.




Dzisiejszego poranka Paryż zalało jasne słońce, budząc moje skotłowane nerwy do biernej pracy. Tegoroczny czerwiec okazał się być wyznacznikiem nowych priorytetów - pełnych niespodzianek, niestrudzonych spojrzeń i zmian w moim sposobie funkcjonowania. Pierwszy dzień w nowej pracy nie doprowadził mnie do autodestrukcji. Dziś, czwartego dnia miesiąca, nastawiony na nikłą dozę słońca i błękitne niebo, wybrałem się do śródmieści Francji, by zmierzyć się z rzuconym mi wyzwaniem. Teraz, z perspektywy czasu, potrafiłem dojrzeć swoje uprzedzenie względem mojego nowego pracodawcy, a co ważniejsze, powinienem się za nie wstydzić. Ten rozpoczynający się tydzień nie był dla mnie wyjątkowo przyjazny. W chwili, gdy rankiem wysiadłem z samochodu, a moim oczom ukazały się skąpane w promieniach słonecznych zarysy budynków - wszelkie nękające mnie obawy, odeszły na boczny tor. Jeszcze przed spotkaniem z Liamem, miałem dylemat, czy aby na pewno dam sobie radę. Wiedziałem, że podchodzi do mojej osoby z dystansem i jeszcze większym profesjonalizmem, ponieważ właśnie tak nakazywał mu jego własny system wartości, wyróżniający PCC na tle innych, europejskich Domów Mody. Choć pałał do mojej osoby niechęcią, przywykłem do jego nagminnych zmian nastroju, w tym pierwszych kilkunastu minut krzywych spojrzeń. Dzisiaj, na nowej drodze naszej działalności zdecydował mi się chyba jednak odpuścić, za co byłem mu niebywale wdzięczny - spokojem zapewnił mi bezpieczną oazę, w której nie bałem się przebywać.

Dzień mijał mi niestrudzenie na dogłębnym poznawaniu budynku, pomieszczeń administracyjnych, a nawet zwykłego personelu, o największych gwiazdach wybiegu nie wspominając. Po nużących pięciu godzinach pracy, postanowiłem wybrać się wraz z Harrym i Louisem na wspólny lunch. W moich poczynaniach zdecydował się uczestniczyć również mój przyjaciel Niall, który, jak się akurat złożyło, wrócił z dalekiej podróży, głodny mojej obecności.

Południem, skierowałem swe korki ku Palegrie, by uraczyć rozbudzone już zmysły, filiżanką naprawdę mocnej kawy bez mleka. Na miejscu, przy jednym ze stolików, czekał już na mnie Irlandczyk, nonszalancko rozłożony na oparciu krwistoczerwonej kanapy, na której spoczywało jego odziane w granatową, klasyczną marynarkę, i beżowe, lekko przyciemniane rurki, ciało. Czarne ray-bany spoczywające na jego białej, zakończonej w serek, luźnej koszulce, tylko dodawały mu tego rozkosznego wyglądu, łaknącego ciszy, 23-latka. Uśmiechnąłem się na ten widok, a kiedy podszedłem do niego bliżej, on wstał z kanapy, okrążył stolik i jakby nie widząc mnie przez niewiadomą ilość czasu, rzucił się w moje ramiona, a moich nozdrzy doszedł słodki zapach jego perfum. Z Niallem łączyła mnie specyficzna nić porozumienia. Był przy mnie zawsze wtedy, kiedy najbardziej go potrzebowałem; dzielił ze mną targające mną toksyczne uczucia, sprzeczne emocje, głębokie zagubienie, rozterki własnego serca i myśli, często nie wypowiedziane na głos. Zapomniałem jak cudownym uczuciem jest mieć go przy sobie, popadając w wir rujnującej moje zdrowie psychiczne pogodni za marzeniami, ale również i masochistycznej nostalgii, towarzyszącej mi na każdym kroku życia. W życiu brakowało mi bowiem powiewu świeżego powietrza, nowych perspektyw i obopólnego zaufania - już dawno zapomniałem jak oddychać, nie bojąc się życia.

- Niall - powiedziałem, odsuwając swojego towarzysza na długość ramion. Z tej perspektywy mogłem dostrzec błyszczące się w jego błękitnych oczach iskierki szczęścia. - Niall, przyjacielu, tak dawno cię nie widziałem.

- Co słychać w wielkim świecie mody, Malik?

- A co słychać w świecie przestrzeni nieba, Horan? - przerwałem mu, racząc się dźwięczną barwą jego śmiechu. - Stęskniłem się za tobą i naszymi rozmowami. Nawet nie wiesz, jak ciężko mi było, będąc z daleka od ciebie. Musiałeś lecieć w tę swoją podróż po Afryce? Jeszcze południe nie gościło tego twojego irlandzkiego tyłka.

Niall skwapliwie zaśmiał się, słyszeć moją niezręczną uwagę na temat miejsca, w które zdecydował się udać. Od zawsze uwielbiał komplikować sobie życie, wyszukując coraz to bardziej egzotyczne kraje, głodne jego obecności. Podziwiałem w nim to samozaparcie; czerpałem swego rodzaju inspirację z ściśle wytyczonych granic i jeszcze bardziej ułożonych planów. W życiu tego chłopaka brakowało bałaganu - wkraczając w nie z towarzyszącymi mi problemami, zapewniłem mu dostateczną ilość wrażeń. Nie potrzebował ich więcej.

- Pragnę zauważyć, - zaczął, wyciągając swoje dłonie przed siebie i splatając swoje długie palce na stoliku, zmrużył oczy - że to ty postanowiłeś udać się w pogoń za marzeniami. Z tego, co słyszałem, dobrze ci idzie. Payne Creations Corporation? Nie spodziewałem się, że mierzysz tak wysoko. Powiedz mi, Zayn, jaki on jest?

Zdziwiony, przeniosłem swoje spojrzenie z filiżanki kawy na skoncentrowaną twarz przyjaciela.

- Kto? - spytałem, nie do końca rozumiejąc zależność jego wypowiedzi. - Sasza?

- Tak, Sasza. Albo Liam Payne. Zależy czyj tyłek jest dla ciebie lepszą i bardziej opłacalną alternatywą. Karta przetargowa czy może nowy szef? Myślałeś nad tym?

- Z całym szacunkiem, Niall, ale wydaje mi się, że ta rozmowa zmierza w niebezpiecznym kierunku. Nie o tym mieliśmy rozmawiać, pamiętasz? Dawno się nie widzieliśmy i naprawdę byłbym rad, gdyby-

- Przestań chrzanić, Zayn. Obydwoje wiemy, że chodzi ci o Liama - przerwał mi, zdając sobie sprawę z marności kłamstwa, jakim go obdarzyłem. - Wystąpisz na kilku jego pokazach, pozna cię świat, może pozwolisz mu się przelecieć raz, czy dwa, a na koniec znikniesz, jak gdyby nigdy nic, udając, że nic się nie dzieje. To tak nie działa, i dobrze o tym wiesz. Martwię się o ciebie, Zaynee. Powiedz mi, co się dzieje.

- On mnie nie lubi - zacząłem spokojnie, a kiedy zmarszczył brwi, dodałem - Liam. Uważa mnie za męską dziwkę, którą może pomiatać. Myśli, że dzięki sypianiu z paryskimi ikonami mody, uda mi się dotrzeć na sam szczyt - prychnąłem. - Jeszcze nie zdaje sobie sprawy, na co mnie stać, ani o co tak naprawdę walczę. Nie wie, do czego jestem zdolny.

- A o co walczysz, Z? Oświeć mnie, bo widzisz, chyba nie do końca rozumiem.

- Chcę być wolny. Chcę spełniać swoje marzenia, nie zwracając uwagi na to, jakim sposobem mi się to udaje. Chcę dojść w końcu do czegoś własnoręcznie, bez plucia sobie w twarz. Sasza tylko mi w tym pomaga. To chyba wystarczająca cena za bycie na samym szczycie, nie uważasz? Daję, dostając cos w zamian. Świat show biznesu rządzi się swoimi prawami i akurat ty, Niall, powinieneś o tym wiedzieć. Ile stewardess przeleciałeś? Przyznaj się - słowa, którymi obdarzyłem uśmiechniętego Nialla nie wprawiły mnie w uczucie samo wychwalenia. Wiedziałem, że przesadziłem, jednak równocześnie zdawałem sobie sprawę z tego, że moja racjonalistyczna strona, została zbrukana przez słowa przyjaciela.

- To nie jest miejsce, ani czas na żarty, Zaynee, i dobrze o tym wiesz. Za chwilę dołączą do nas twoi nowi przyjaciela i byłbym rad, gdybyś przestał się choć na chwilę zgrywać i powiedział mi wprost, o co tak właściwie ci chodzi. Nie powiesz mi chyba, że zaczęło zależeć ci na zdaniu - urwał, widząc zmierzającą w naszą stronę postać, z burzą jasnych włosów na głowie i świetnie przylegającym do jego umięśnionego ciała garniturze.
Nie był sam. U jego boku kroczyła wysoka blondynka, z burzą kręconych włosów na głowie, ubrana w elegancką, powabną, czerwoną sukienkę bez ramiączek, z czarnymi szpilkami Louboutin do kompletu. Francesca Harlamow, jak mniemam. Osobista asystentka Saszy, nie tylko w kontaktach personalnych, ale również i intymnych. Moja konkurentka?

- Sasza - wyszeptałem, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji. Do przyjścia moich współpracowników pozostało naprawdę niewiele czasu i jeśli Louis zobaczy tutaj Saszę, nigdy mi tego nie wybaczy, nawet jeśli Harry miałby próbować go udobruchać przez następne trzy miesiące swojego życia. Zauważyłem, że mój nowy kolega pała swego rodzaju niechęcią do tego rosyjskiego projektanta i szczerze powiedziawszy, ten fakt wcale mnie nie zdziwił; co gorsza, sprawił, że drzemiące głęboko w moim ciele negatywne uczucia, powoli zaczęły wydostawać się na powierzchnię, spod powłoki opanowania, szarmancki i wyćwiczonego do bólu uśmiechu.

- Zayn, quelle agréable surprise. Tu fais quoi ici? - spytał miękko, mieszając swój francuski akcent z językiem angielskim, co przy jego intensywnie rosyjskich korzeniach, nie wydało mi się być dobrym pomysłem.

- Mange dîner avec mes amis - wyjaśniłem, siląc się na przyjemny ton głosu. Kątem oka zauważyłem, jak Niall teatralnie wywraca oczami, swój wzrok lokując na stojącej obok Saszy dziewczynie.

- Och, przyjaciele… - zaśmiał się dźwięcznie, wyciągając w moim kierunku swoją ciepłą dłoń. - Nie przedstawisz mnie swojemu znajomemu?

- Jestem pewien, że sam świetnie potrafi to zrobić - błąkający się po moich ustach uśmiech irytacji, w całości wypełnił moją napiętą twarz; smakując przesiąkniętymi goryczą słowami roziskrzonych oczu i mocniej formującego się na zaciśniętej szczęce uśmiechu.

- Niall, Niall Horan, pilot pierwszej floty Zjednoczonego Królestwa Brytyjskiego, z zamiłowania podróżnik.

- Irlandczyk, lubię takich. Płynie w nich tak wspaniała, szlachetna, zielona krew.

- Que veux-tu?? - warknąłem, widząc, jak uśmiech znika z jego przystojnej twarzy.- Calme, ne panique pas. Je veux juste que tu saches que c’est difficile de libérer de moi.- Et si je lui dis? - spytałem, będąc gotowym na wszystko, byleby znaleźć się jak najdalej od mojego aktualnego źródła zagrożenia.

- Alors je vais lui parler de tu. Seras poli - powiedział, swoje słowa podkreślając złożonym na moim policzku pocałunkiem. Czułem, jak krew odpływa z mojej twarzy, ustępując jej płótna jasności, zbyt wrażliwego na promienie wpadającego przez szybę słońca.  - Passe une bonne journée.

Trwałem w konsternacji, nie wiedząc do końca, jakie wydarzenie przed chwilą miało miejsce. Sasza w jednej chwili gotowy był wyjawić wszystkim moją tajemnicę, a w innej dosadnie przekazał mi, że nadal, w pewnym stopniu należę do niego i chociaż nie wiem, jak bardzo bym się starał, by było inaczej, to on i tak zwycięży, ponieważ jest moim panem.

- Tak bardzo nienawidzę tego lalusia, że to się w głowie nie mieści. Kiedy go widzę mam ochotę wyemigrować na Madagaskar - moje rozmyślania przerwało pojawienie się Louisa, na którego twarzy widoczna była złość. Zajął krzesło naprzeciwko mnie i Nialla, nie kwapiąc się na minimalistyczne słowa powitania. Typowe.

- Sasza jest w porządku - Harry obojętnie wzruszył ramionami, usadawiając się tuż obok swojego chłopaka. Och, jak słabo go znasz, Harry, pomyślałem, siląc się na przyjazny uśmiech. Gdybyś tylko znał prawdę, uciekałbyś, gdzie pieprz rośnie.

- Tak, szczególnie, kiedy przystawia się do mojego chłopaka. Może dziś nie dał mi powodów do złości, ale wczoraj przesadził. Co on sobie myślał? Że od tak przyjdziesz mu pomóc w pokazie? I co potem? Szybki numerek w garderobie?

- Przesadzasz - stwierdził kędzierzawy ze stoickim spokojem. Nie, Louis wcale nie przesadza. Najprawdopodobniej tak by się to skończyło. Bez względu na to, czy byś tego chciał czy tez nie. - Przecież mnie znasz. Czy mógłbym cię zdradzić z nim? Proszę cię… Nie jest nawet w połowie tak dobry, jak ty. Już się nie złość, Misiu - Harry musnął delikatnie malinowe usta swojego chłopaka, po czym posłał mu kochające spojrzenie. Dla dobra ich związku powinni unikać Saszy, ale to nie moja sprawa, prawda? Powinienem siedzieć cicho, uśmiechać się i udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tego oczekiwał ode mnie Niall. - Ale przechodząc do twojego tematu, Zayn. Straszliwie się cieszę, że będziemy razem pracować. Masz idealne włosy. Na samą myśl o tym, jak wiele będę mógł z nimi zrobić, jestem cały podekscytowany. Musisz wiedzieć, że Louis i ja od początku byliśmy za tym, abyś dołączył do ekipy. Liam to drewniak. Musisz dać mu czas. On nie przywykł do tak nagłych decyzji. Ale spokojnie, pomożemy ci - szczery uśmiech posłany w moim kierunku był czymś miłym. Stwierdziłem, ze zdecydowanie ich lubię.

- Jeśli będziesz miał jakieś kłopoty, to możesz do nas przyjść. Co prawda Payne się wścieknie, ale jesteś częścią ekipy, więc masz takie same prawa, jak my. Wściekły Liam nie jest taki zły, jak wściekły Harry, więc powinieneś się cieszyć, że masz nas po swojej stronie - Louis zaśmiał się dźwięcznie.

- Och. nie jestem potworem. Po prostu Ed zabrał wszystkie geny odpowiadające za radzenie sobie ze stresem. - Kim do cholery jest Ed? Kolejny członek ekipy? Powinienem się bać?

- Ed to jego bliźniak -sprostował Louis, jakby czytając mi w myślach.

- Chyba nie potrafiłbym być zły na Zayna - stwierdził Harry. - No spójrz na niego.

- Wiesz co, Haz? Czasem odnoszę wrażenie, że lecisz na niego bardziej niż sam Liam - dźwięczny śmiech Lou przeszył powietrze. Zaraz, moment… Liam?

- Och, Zayn jest przystojny, owszem, ale to ty zajmujesz miejsce obok mnie w łóżku - pokazał mu język.

- Czekajcie… Liam? O co chodzi?

- Prawdopodobnie nie powinniśmy ci o tym mówić, ale Liam miał dzisiaj w nocy sen z tobą w roli głównej. Jestem w stu procentach pewny, że był to jeden z tych mokrych snów, który dla dobra własnego nie chciał nam wyjawić. A szkoda. Jestem ciekaw, co kryje się w tej jego utalentowanej główce - sympatyczny glos Harry’ego zawładnął moimi myślami. Liam miał sen o mnie. Ten Liam Payne, właściciel Payne Creations Corporation i prawdopodobnie, przynajmniej w moim mniemaniu, najlepszy fotograf na świecie, miał sen ze mną w roli głównej. Tak bardzo, jak ten fakt wydawał mi się być absurdalny i śmieszny, tak bardzo chciałem, by okazał się być prawdą. Chciałem by nie bał się przebywać w moim towarzystwie, nawet mimo uprzedzeń, wysuniętych przez niego po raz pierwszego dnia naszej znajomości. Tego też dnia okazało się, że zostałem przyjęty do mojej wymarzonej pracy, a mój szef jest prawdopodobnie najprzystojniejszym sukinsynem na całej kuli ziemskiej.

- To… Um, dziwne. Nie wiem, jak powinienem się w związku z tym zachować - wyznałem, choć w głębi serca chciałem poznać ich spostrzeżenia dotyczące mojej egzystencji w miejscu całkowicie pozbawionym samokontroli i dobrego smaku kunsztu i zdecydowania.

- Dla dobra nas wszystkich, - zaczął Louis, podczas gdy Niall zdecydował się mu przyglądać - lepiej byłoby, gdybyś zachował umiar i racjonalny dystans, nie wspominając o dobrym wychowaniu. Nie chcemy, żebyście się kłócili, a znając wasze wybuchowe charaktery, mniemam, że będzie gorąco. Prosimy cię tylko o to, byś nie wspominał przy nim o liście. Jeśli będzie gotowy, sam cię o niego spyta.

- Tak, Malik, nie chcemy, byś cierpiał, prawda? - wiedziałem, co Niall chce mi przekazać przez swoje słowa. Już dawno temu zdołałem go przejrzeć, zachowując przy tym rozsadek.

- To mogę wam obiecać - wyjawiłem, uśmiechając się przy tym do woli, do każdego z moich towarzyszy, również do Nialla, na którym mój wzrok pozostał najdłużej. Louis kazał zachować mi czystość umysłu, ale jego uśmiech wciąż był przyjazny. Zastanawiałem się, jak on to robił i jednocześnie nie byłem pewien, czy mam ochotę zastrzelić siebie, Harry’ego czy Louisa za to, jak bezczelnie mnie podpuścili.

Prawdopodobnie Nialla.

Kiedy skończyliśmy nasz wspólny obiad, wracając do pracy, roztaczałem wokół siebie niepoprawne wrażenie, związane z moją dzisiejszą sesją z Liamem. Harry i Louis uśmiechali się do mnie przyjaźnie, podczas, gdy Niall wrócił do swojego domu, obiecując mi rychłe spotkanie. Moje myśli krążyły wokół słów starszego chłopaka, wciąż niedowierzając, że ten na pierwszy rzut oka, chłopak wątlej budowy, może pałać do mnie czystą niechęcią, połączoną z chęcią sympatii, jakby naprawdę chciał mnie poznać. Bałem się. Bałem się tej czystej czekolady w jego oczach i wątłego uśmiechu, który przybierał na twarz, przebywając w moim pobliżu. Nie chciałem go rozczarować brakiem profesjonalizmu, o który mnie posądzał, mimo moich starań i słów otuchy moich nowych współpracowników.

Kiedy przekroczyliśmy próg Payne Creations Corporation, moich uszu doszedł zgiełk wracających z lunchu pracowników. Krzątali się wokół kontuaru recepcji, w której nie mogłem dostrzec znajomego oblicza, widzianego przeze mnie podczas pierwszej wizyty w tym budynku. Po korytarzu unosiła się kusząca woń perfum, a podlegający Louisowi styliści, biegali po nim jak oparzeni, trzymając w swoich dłoniach naręcza ubrań i kartek z projektami, gotowych do pokazania swojemu pracodawcy. Uśmiechnąłem się na ten widok, wyobrażając sobie spokój panujący w pracowni Payne’a, który był tak niepodobny do harmidru panującego wewnątrz jego małego imperium. Doszedł do wszystkiego sam, jego przyjaciele pomogli wnieść się jego nazwisku na wyżyny triumfu, podczas, gdy ja pracowałem na swój sukces w bardziej przyjemny sposób - i nie miałem na myśli seksu, który z każdym moim krokiem, stawiał mnie bliżej osiągnięcia wyznaczonego przeze mnie celu, ale głownie kontakty z wyżej postawionymi osobistościami, dzięki którym wiedziałem, jakim zachowaniem powinienem uraczyć tak skomplikowaną osobę, jaką był chociażby Liam.

- Zayn, słońce, nareszcie wróciłeś - moich uszu dobiegł znajomy głos Chloe, a po chwili burza jej czekoladowych włosów, pojawiła się tuz przed moimi oczami. - Liam czeka na ciebie już w pracowni. Zaprowadzę cię teraz do garderoby, i za pięć minut masz być gotowy, jasne? Nie chcemy zdenerwować szefa.

- Oczywiście, że nie chcemy zdenerwować szefa - zaśmiał się Louis, choć jego głos przypominał bardziej śpiew niż normalną wypowiedz, na co zaśmiałem się czysto i wdzięcznie. Nie czułem tej niezręczności, którą mogłem wyczuć jeszcze wczorajszego popołudnia.

- Kto wie, co by jeszcze z tego wynikło - dośpiewał Harry i obejmując swojego chłopaka w pasie, udał się tanecznym krokiem w stronę swojej pracowni. Nie wiem dlaczego, ale coś w jego słowach sprawiło, że moja twarz przybrała kolor dojrzalej piwonii, co wcale nie pomagało uspokoić się moim zszarganych nerwom. Bałem się naszego spotkania. Nałogowo panikowałem, niszcząc nerwowymi gestami misternie ułożoną tego ranka fryzurę.

- Na miłość boską, Malik - warknęła. - Nie przejmuj się nimi. Ci idioci znajdą każdy możliwy sposób, aby ci dokuczyć. Po prostu oddychaj, dobrze? I rób to, co do ciebie należy. A teraz chodźmy, bo-

- Szef nie lubi, kiedy się spóźniamy - dokończyłem za nią, zmierzając pewnym krokiem w kierunku garderoby, którą Chloe pokazała mi kilka godzin wcześniej.

Na miejscu czekał na mnie idealnie dopasowany, o głębokiej czerni garnitur, i jeszcze ciemniejsze, ciemne mokasyny, idealnie opinające moje zgrabne nogi. Byłem piękny, zdawałem sobie z tego sprawę; i może właśnie dzięki wierze w siebie dotarłem właśnie tutaj. Kiedy bylem już gotowy, Chloe poprawiła mój makijaż, podczas, gdy Harry, jak opętany, biegał dookoła mnie z tubką lakieru do włosów i dokładnie spryskiwał nim każdy kosmyk moich kruczoczarnych włosów. Byłem pewien, że przy takiej ilości chemikaliów, zdrowie mojej chluby pozostawi wiele do życzenia.

- Gotowi? - do pomieszczenia jak burza wpadł mój nowy szef, tłumiąc swoim przybyciem gwar naszych rozmów. - Dobrze - zaczął Liam, z uśmiechem klaszcząc w swoje dłonie. - Przedstawienie czas zacząć.

Uśmiechnąłem się tylko pod nosem, widząc jak Louis kieruje w jego stronę porozumiewawcze spojrzenie, a on ze zrezygnowaniem kręci głową, wprawiając tym gestem w ruch kosmyki jego krótkich włosów. Ubrany był dzisiaj w zwykłe, ciemne jeansy, które idealnie opinały jego długie nogi, i ciemną koszulkę z krótkim rękawem, wyciętą w serek. Samo patrzenie na niego przyprawiało mnie o zawroty głowy, nie wspominając o unoszącej się w powietrzu gęstej atmosferze. Nawet nie zauważyłem, kiedy kilkadziesiąt sekund później, w pomieszczeniu zostaliśmy tylko ja i on, mierzący się podejrzliwymi spojrzeniami.

- Zobaczmy na co cię stać - posłał w moim kierunku wymuszony uśmiech, za co podziękowałem mu skinieniem głowy. Byłem rad za jego za okazywane chęci.

Podczas kiedy wnosiłem ostatnie poprawki do swojego wyglądu, jego długie palce chwyciły w swoje posiadanie aparat, patrząc na niego z nieukrywaną czcią. Zadawałem sobie sprawę z miłości, jaką Liam obdarzał swój sprzęt. W pomieszczeniu dało się dostrzec wiele porozstawianych po całej długości pokoju stojaków i statywów. Jego pracownia wyglądała jak typowe studio fotograficzne. Czuł się w nim dobrze i swobodnie, dzięki czemu targający mną niepokój odszedł w niepamięć. Wstrzelam oddech i nie dając się ponieść emocjom, zacząłem z nim współpracować.

Po kilku godzinach syzyfowej pracy, że zmęczeniem dopadłem butelkę wody, stojącą na pobliskim krześle, łapczywie wypijając całą jej zawartość. Uważne obserwowanie Liama podczas wykonywanej przez niego pracy było wydarzeniem, którego sam nie potrafiłem opisać. Podziwiałem go za lekkość, z jaką obnosi się z robieniem zdjęć. Wydawało się, że na świecie jest tylko on i jego aparat, zbyt niedostępny dla oka zwykłego obserwatora, by zrozumieć, jak wielki element stanowi w jego życiu. Jego palce swobodnie naciskały spust migawki, a ciało w wyćwiczonej choreografii zmieniało swoje położenie. W ciągu kilku godzin do perfekcji wyćwiczył sobie przybieranie na twarz maski nieczułego na wszystkich skurwysyna, za co byłem mu niebywale wdzięczny. Rozmowa z nim nie była na samym szczycie moich priorytetów. Obawiałem się, że nie jestem na to jeszcze gotowy i z tą myślą trwałem z nim przez kilka ostatnich godzin, wdzięcznie uśmiechając się do obiektywu w proszący mnie o to sposób.

Kiedy skończyliśmy zaplanowaną na dzisiaj sesję, na zegarku wybiła godzina dziesiąta trzydzieści, co oznaczało koniec naszej pracy i opuszczenie przeze mnie azylu Payne’a, w którym co bądź, przebywało mi się niezwykle przyjemnie. Pożegnałem go zwykłym skinieniem głowy, widząc jak przegląda zrobione przez siebie w ciągu dzisiejszego spotkania zdjęcia. Mruknął w moją stronę niezrozumiałe „do zobaczenia jutro”, i choć widziałem na jego twarzy zmęczenie, nie zdołałem wykrztusić z siebie ani słowa, pospiesznie udając się w stronę garderoby, w której zrzuciłem z siebie uwierający mnie strój i jak na człowieka przyzwyczajonego do wygody, nałożyłem na siebie swoje własne ubranie, palcami przeczesując utwardzone przez lakier Harry’ego włosy. Opuściłem Payne Creations Corporation w pośpiechu, nawet nie oglądając się za siebie; na dole pożegnałem się skinieniem głowy z ochroniarzem, łaknąc wolności i świeżego powietrza upalnej nocy.

Dochodziła jedenasta, kiedy miasto zaczynało tętnić życiem na swój wyjątkowy, nocny sposób. Ludzie lgnęli do klubów, by uraczyć zmysły kolorowym alkoholem i odrobiną tańca. Wszedłem szybkim krokiem do mocno oświetlonego pomieszczenia mojego ulubionego baru, Plaisir d’amour. Lubiłem tu przebywać, pozwalając na to, by głośna muzyka zagłuszała moje wszystkie, niechciane myśli. Uśmiechnąłem się z satysfakcją i zająłem miejsce na wysokim, barowym krześle, by wesprzeć łokcie na gładkim blacie.

- Poproszę Jacka Danielsa.

Po chwili barman podał mi niską szklankę z subtelnie zabarwionym alkoholem o dość intensywnym zapachu. Wlałem w gardło piekącą ciecz, i zamiast odruchowo się skrzywić, zaśmiałem się głośno i obróciłem wokół własnej osi. Odstawiając puste szkło, ruszyłem w stronę wyjścia, kołysząc biodrami w rytm intensywnego dźwięku. Mimo iż alkohol nie zagarnął mnie jeszcze w swoje ramiona należycie, czułem się, jakbym był poza świadomością. Cudowny, interesujący, naprawdę godny polecenia stan. Nic nie miało znaczenia, liczył się tylko fakt, że mam siłę, by lekko kołysać się na parkiecie, wracając do swojego apartamentu. Kolorowe światła, co kilka chwil otulały moją twarz jaskrawymi refleksami. Tęskniłem za smakiem wolności, skrzętnie skrywanej w czeluściach mojej świadomości. Dzień z Paynem odebrał mi zdrowy rozsądek i do szczęścia potrzebowałem tylko zapalonego w zaciszu mego domu, papierosa.

Docierając do domu, nie kwapiłem się zdjęciem ubrań, swoje kroki kierując od razu w stronę balkonu, którego zdobienia podrygiwały lekko na przyjemnym wietrze. Opierając się nonszalancko o ciemną balustradę, śledziłem swoim spojrzeniem tętniące w oddali miasto i rozmywającą się blaskiem wieżę Eiffla. Miałem stąd idealny widok na rozpościerające się w dole miasto, zbyt kuszące mnie swoją obecnością. Marszcząc brwi, zaciągnąłem się dymem tlącej pomiędzy moim palcem wskazującym a kciukiem bibułki, racząc zszargane nerwy skromną ilością toksycznej substancji. Tytoń był w tym momencie moim jedynym przyjacielem, razem z ostatkami alkoholu, nader buntowniczo przebywającemu w mojej głowie. Naprawdę bałem się jutra i tego, co może spotkać mnie ze strony Liama. Wydawało mi się, że bariera niechęci została dzisiejszego dnia między nami zatarta, jednak lęk przed poznaniem go, wciąż nieświadomie wypełniał skrawki mojej głowy, boleśnie domagając się jego widoku, miękkiego spojrzenia i doskonałego dotyku, rozpalającego moje ciało. Pragnąłem go i nie ważne, jaką cenę będę musiał zapłacić, by go mieć - uda mi się to, ponieważ jestem Zaynem spełniającym marzenia, pierdolonym Malikiem, a Liam Payne jest moim nowym celem.

~*~

A/N: Rozdział trzeci jest jeszcze dłuższy niż poprzedni, i naprawdę nie wiem, jakim cudem udało się nam go skończyć. Przepraszamy za wszystkie uniedogodnienia i dziękujemy za tak szerokie zainteresowanie i pytania o datę publikacji nowego rozdziału. Nie mamy zamiaru opuszczać tej historii, ciągle nad nią pracujmy i naprawdę chcemy ją dokończyć. ;)

Dialog w wolnym tłumaczeniu (Zayn, cóż za miła niespodzianka. Co tutaj robisz? Jem obiad z przyjaciółmi. Czego chcesz? Spokojnie, nie denerwuj się. Chcę tylko żebyś wiedział, że tak łatwo się ode mnie nie uwolnisz. A co jeśli mu powiem? Wtedy ja powiem mu o tobie. Bądź grzeczny Zayn. Miłego dnia.) Z całego serca dziękuję France za pomoc, xx
- JBluvsBabycakes