sobota, 30 marca 2013

Rozdział drugi: Pod osłoną nocy, zdałem sobie sprawę, że tylko gwiazdy mogą mnie ochronić.



       Tej nocy godzinami leżałem nieruchomo w satynowej pościeli, racząc miękkością wygody swoje ciało, zbyt obolałe na przebudzenie, i prowadząc wewnętrzną batalię, w której uczestniczyłem jako bezradny obserwator. Bezsenność po raz pierwszy nie przyniosła mi ukojenia.
Zdrętwiałe od nadmiaru ruchu mięśnie, zesztywniały, skryte pod mgłą, kłębiących się na niebie chmur. Paryż zalał cień. W powietrzu unosił się lekko wyczuwalny zapach deszczu; leżałem w ciemnościach, przysłuchując się napływającemu przez otwarte okno balkonowe wiatrowi, składającemu namiętne pocałunki na powieszonych w framudze drzwi zdobieniach. Ziemia mieszała się z unoszącymi w powietrzu drobinkami kurzu. Noc okalały świecące w oddali lampki; mrok rozmywał ich blask.

       Podziwiałem z uwagą nocny świat, jakim darzyła mnie stolica Francji. Cisza, doza spokoju i niezmącony obraz błogości. Byłem spełniony. Satynowa pościel obmywała moje nagie ciało, a ja mimowolnie stałem się ilotem obcego łóżka. W sypialni powietrze przesączone było dusznością. Mgła minionej nocy, opadała lekko na nasze splecione w nierównym uścisku ciała. Perspektywa powtórzenia naszego ostatniego starcia mąciła mi w głowie. Widok jego unoszącej się w równomiernym oddechu klatki piersiowej, ciemnej ścieżki miękkich włosów biegnących
wzdłuż wyrzeźbionych mięśni brzucha i największemu skarbowi, skrytemu pod powloką cienkiej tkaniny, tylko potęgował moje odczucia. Pragnąłem niemożliwego. Jego idealne ciało greckiego boga kusiło mnie swoją perfekcyjnością; jasne, błękitne kule roziskrzonych oczu ciemniały z chwilą, gdy upajał niezmąconą ciszę krzykiem mojego imienia. Rozdzierał nim żarzącą się atmosferę, w której to ja byłem katem, a on moją ofiarą. Ciężko było mi zdecydować, czy wątłość jego uległego, nagiego stylu bycia jest bardziej kusząca, niż świadomość wspięcia się na kolejny szczebel kariery, jakie fundowało mi obcowanie z nim. Po raz pierwszy w życiu postawiony zostałem przed wyborem: mieć, czy stać się. Dostać, czy być. Szukałem odpowiedniego konsensusu, działania, które nie byłoby zbyt destrukcyjne, bym ze spokojem ducha mógł obserwować plony, którymi mógłby mnie raczyć. Chciałem wszystkiego.

       Sasza mnie nie wykorzystywał, jak postronny obserwator zwykł myśleć.  To ja wykorzystałem jego, ale biorąc pod uwagę to, jaki wpływowy był, musiałem mieć zabezpieczenie, by w razie potrzeby, skrzętnie je wykorzystać. To on tej nocy okazał się być moim towarem przetargowym. Spoglądając na jego rozrzucone w nieładzie na przesiąkniętej wspomnieniami poduszce, jasne kosmyki włosów, miałem pewność, że sen, który zmorzył jego ciało, spowodowany był wycieńczeniem, którego zaznał, obcując z moim pełnym pożądania istnieniem. Znużenie zaznało go szybciej niż myślałem, podczas gdy ja, cierpiałem na swego rodzaju bezsenność. Gęsta atmosfera nocy nie pozwalała mi swobodnie oddychać, krztusiłem się. Nogi same przejęły kontrolę nad moim zesztywniałem ciałem. Wstając z miękkiego i raczącego mnie wygodą łóżka, owinąłem się rąbkiem prześcieradła, przykrywając cienką peleryną tkaniny rozgrzane mięśnie. Bosymi stopami dotknąłem chłodnego drewna paneli, najciszej jak tylko się dało, kierując się w stronę drzwi balkonowych, po drodze zgarniając z kieszeni rzuconej na podłogę marynarki, paczkę uzależniających papierosów.

       Chłód był dziś dla mnie wyjątkowo łaskawy. Jasno blada poświata księżyca przedzierała się przez ciężkie, czarne, kłębiące się chmury przykrytego nieba. Uwielbiałem aurę deszczu, kiedy ziarnisty zapach życiodajnej gleby mieszał się z drobinkami unoszącego się wokół bezpostaciowego kurzu. Delikatny podmuch wiatru podsunął mi pod nos intensywną woń świata. Pochylając się nad metalową barierką balkonu, wyniszczałem swój organizm zgorzkniałym smakiem tytuniu, który opiewał moje usta, opuszczając wątłą fakturę tlącej się bibuły. Wyczuwałem w nim dramat, bunt i łzy.

       Upojone wiatrem czarne kosmyki włosów, zataczały się, ciągnąc za sobą zapach rozmywającego się we mgle tlenu. Ich tkliwy szelest szarpał wrażliwe struny mojej duszy, tworząc szumiące melodie. Oparłem się cicho, niemal nieruchomo o chropowatą powierzchnię ściany, wpatrując się w bezszelestnie przesuwające się po niebie pajęczyny chmur. Barwiły noc swoim kolorem, współgrały z nim, niemal tak dokładnie, jak obłoczki dymu, sączące się z ostatków żarzącej się bibułki, którą dzierżyłem w zmarzniętych dłoniach. Splotłem swe ręce i powolnym krokiem przesunąłem się w stronę domu, błądząc bosymi stopami po zalanej światłem księżyca ścieżce, wybrukowanej chłodem szarawych płytek. Czułem dziwnego rodzaju błogostan. Harmonia wewnętrznego bicia mojego serca, mieszała się w cichym stukocie z jego melodią, wybijającą ten sam rytm: spróbuj, spróbuj, spróbuj. Spróbuj dać sobie radę. Nocne eskapady przynosiły ukojenie moim rozbieganym myślą, krążącym wśród beznamiętnego wstrętu do samego siebie. Szukałem przebaczenia w niemych czynach, krótkiego potwierdzenia w tym, że, mimo iż, gubiłem samego siebie w despotycznym zachowaniu, to jednak, choć w niewielkim stopniu byłem ponad to. Nie czułem, by sytuacja mnie uwłaczała, a uległość wobec innych spowodowana była tylko i wyłącznie spełnianiem marzeń. Zawsze tak było. Utrwalałem własne myśli w sposobie prowadzenia własnego trybu życia, znieczulałem swoje poglądy; awersję tłumiłem obecnością drugiej osoby. Stałem się więźniem własnego losu i choć to nie uwłaczało mojej czci, czułem swoisty lek przed ukazaniem swojej prawdziwej, czystszej dobroci - kryłem ją pod warstwą bezpodstawnego lęku, karmiąc nagle potrzeby spełnienia bólem postronnych osób, które ofiarowały mi to, czego oczekiwałem, ale cena, którą musiałem zapłacić, przewyższała niewypowiedzianą szalę buntu. Ciemność pokrywała moją duszę.

       Dzisiejsza noc wyjątkowo szczyciła mnie wspomnieniami. Żar już nie spływał z nieba, a nad rankiem, który obejmował mnie swoimi skostniałymi ramionami, szczelniej wrażliwymi skrzydłami, powoli i niespiesznie, jakby nie mogąc się zdecydować dokąd iść, skierował swe pełne delikatności liźnięcia na przykryte jedynie cienkim materiałem płótna, moje nagie ramiona. W oddali błąkały się światła, ubierając mrok w migoczące iskry gwiezdnego pyłu. Czułem ich błagający krzyk, spłoszony blaskiem Księżyca. Jego poświata zwiastowała świt. Nowy dzień poprzedzał moje odrodzenie, a niosące go konsekwencje, zupełnie nowy rozdział mojej egzystencji. Czekało mnie zupełnie nowe życie, i gdybym wystarczająco bezwzględnie się uparł, przyznałbym rację swojemu sumieniu, że bramę do tego raju był Sasza. To on pokazał mi, jak jedną, błahą decyzją dotrzeć na sam szczyt marzeń, wprost do sztabu specjalistów Liama Payne’a, będąc wciąż pod ciągłą obserwacją jego osoby. Przy nim mogłem czuć się bezpiecznie; mogłem poczuć ulgę zwyciężającą pochowane głęboko w kieszeni wyrzuty sumienia. Jego osoba była swego rodzaju bezpieczną oazą, opcją, przy której trud życia odchodził w niepamięć. Po raz pierwszy, błędy przeszłości poszły w zapomnienie, stawiając mnie w zupełnie nowym świetle. Miałem czystą kartę, i byłbym nawet skłonny w to uwierzyć, gdyby nie powtarzające się w mojej głowie nazwiska osób, skrzętnie wykorzystujących moje ciało, jako formę bezpiecznej rozrywki. Oni nie zniknęli, te wspomnienia pozostały.

        Swym nonszalanckim zachowaniem chciałem pokazać, że na niczym mi nie zależy. Nie martwiłem się o jutro, dom, brak rodziny, czy niewypity w barze drink. Moim jedynym priorytetem były spełniające się marzenia, w tym praca w wymarzonym domu mody, u jednego z najbardziej cenionych przeze mnie przedstawicieli kunsztu mody i stylu. Chciałem na własne oczy zobaczyć jego studio, prywatny, profesjonalny sprzęt, a na koniec spojrzeć w jego orzechowe, jak na zdjęciach, głębokie tęczówki i usłyszeć pokrzepiające słowa dumy, na które czekałem już zdecydowanie zbyt długo. To wszystko miałem dostać już dzisiaj, za kilka godzin, a nawet i więcej, jeśli odpowiednio wykorzystałbym swoje piękno. Wystarczyłoby tylko jedno słowo, a padłbym przed nim na kolana i zabrał własnym statkiem rozkoszy wprost do raju, i to nie tylko w przenośnym tego słowa znaczeniu. Liam był jednym z najwybitniejszych ludzi w swoim zawodzie. O jego zdjęcia zabiegały miliony ludzi, setki z nich oddałyby cały majątek, a dziesiątki nawet i życie. Ja stanowiłem ten odsetek, który byłby w stanie zapłacić każdą cenę, nawet tą najwyższą, byleby tylko spełnić marzenia, korzystając z nadążającej się okazji. Moje ciało było przesączone mrokiem aż do szpiku kości. Potrzebowałem mocnego zastrzyku nikotyny. Do spełnienia tego celu wystarczył życiodajny płomień i znajoma barwa wypełnionej tytoniem bibułki. Stałem nad przepaścią nieba.

       Godzina za godziną mijały mi w niestrudzonych męczarniach. Trujący tlen wypełniał moje płuca, chłód nocy owiewał nagie ramiona, a skamieniałość kafelek bose stopy. Chropowatość ściany wbijała się boleśnie w moje ciało, gdy drzwi balkonowe zaskrzypiały, a w ich framudze stanął Sasza, ubrany jedynie w czarne bokserki, opatrzone logiem Calvina Kleina. Siadając obok na pokrytej ciepłotą nocy ziemi, objął mnie w pół, i słodko się uśmiechając, oparł brodę na moim ramieniu. Nocna bryza rozkosznie igrała z jasnymi kosmykami jego włosów, ciskając nimi o różne wzgórza jego policzków. Sunęły po ich fakturze, niczym pędzel wielkiego malarza, w uwielbieniu muskając blade płótno. Tchnienie wiatru nadawało temu zjawisku nierzeczywistej wręcz subtelności. Ukochałem sobie specyficzny klimat Paryża i nocne życie, opatrzone wyśmienitym towarzystwem i lampką czerwonego, wykwintnego wina, pitego do każdej jadanej wspólnie kolacji. Przyozdobienie nowymi cechami mojego istnienia, nie trwało nazbyt długo. Poznałem prawdziwego siebie, nocą, pod osłoną granatowego sklepienia, kiedy gwiazdy mogły nas ochronić.

       Poranek przywitał nasze porośnięte ciemnym zarostem, śniade twarze, promieniami jasnego słońca, otulając ich fakturę złotawym blaskiem. Kąpaliśmy się w ciepłocie dnia, spoglądając na błyszczącą się metalem w oddali, masywną konstrukcję wieży Eiffla. Nowy dzień okrył nas frasobliwością, ale również i niewypowiedzianym lękiem przed zetknięciem się z marzeniem twarzą w twarz. Z tego strachu, mięśnie mojego brzucha kurczyły się i rozkurczały, głośno domagając się wczesnego posiłku, co Sasza skomentował salwą śmiechu i cichym pomrukiem aprobaty, z miną rosyjskiego człowieka sukcesu, przywdzianego w paryską maskę spełnienia. Z tego, co słyszałem, był godnym uwagi kucharzem. Spędzał w swoim aneksie kuchennym wszystkie wolne godziny, kiedy to jego grafik nie zaprzątał żaden pokaz mody, ani przygotowywanie kreacji dla gwiazd wielkiego formatu. Jego życie opiewała różnorodność. Imponował mi tym, i sprawiał, że miałem ochotę wybadać to bardziej dotkliwie. Nasze wspólne starcie dowiodło, iż rodowici Rosjanie kochają na zabój, i nienawidzą na śmierć. Zamierzałem zapoznać się z tym aspektem jego życia bliżej.

       Klasycyzm jego mieszkania poruszał moje zmysły. Swój apartament utrzymywał w nienagannej czystości; pomieszczenia dobitnie wysłane były ciepłymi, przytulnymi kolorami, z nowoczesnymi meblami, szklanymi stolikami i przezroczystą, kryształową, utkaną z najczystszego kruszcu, oszkloną ścianą, z widokiem na panoramę Paryża i płynącą w dole miasta rzekę, Sekwanę. Wszystkie te pomieszczenia, z wyjątkiem sypialni i osobistej łazienki, miały ten sam kolor. Wszystkie świeciły czystością i przejrzystością duszy. Były jego wizytówką; czymś, co wystawiał na bystre oko odwiedzających go gości. Swoje prawdziwe wnętrze odkrywał dopiero w sypialni, gdzie intymność okalały granatowe ściany i pokryte grafitem łóżko. Ciemne kamienie zdobiły wnętrze jego azylu; stojące na środku, wielkie, miękkie i wygodne łóżko, z mosiężnym obramowaniem i stabilnym podbiciem, stanowiło epicentrum jego własnego wszechświata. Materac idealnie dopasowywał się do sylwetki osoby śpiącej na nim, formując swoje własne, papilarne kształty na zarysie wystających kosteczek kręgosłupa, a pościel przykrywała zmęczone ciało swoją delikatnością. Sypialnia Saszy błagała mnie o swoją obecność.
W czasie, gdy przygotowywał nam śniadanie, położyłem się plecami na łóżku, wsłuchując się w jego zachrypnięty głos i słowa, które wypowiadał do siebie, a które słyszałem, stłumione przez przymknięte drzwi. Zaciskałem raz po raz mocniej w dłoniach materiał koszulki, którą mi podarował, uśmiechając się delikatnie, wyobrażając sobie, jak pochylony, stoi, co jakiś czas przeczesując machinalnie gęste, blond włosy. Wyobraziłem sobie to, jak rozgląda się dookoła po pomieszczeniu, jak niebieskim wzrokiem obserwuje świat, uśmiechając się w ten jego charakterystyczny sposób. Czułem, że mimo wszystko myślami jest przy mnie, choć przygotowywany przez niego posiłek nie był zwykłą wymówką. Brakowało mi ciepła jego ciała i muskulatury klatki piersiowej, która mnie dopełniała, gdy wypowiadał w moim kierunku krótkie zdania, swoim niskim i zachrypniętym głosem, wyczuwając w nim silny i męski akcent albo gdy wykrzykiwał symfonię dźwięku, racząc mnie melodią mojego imienia.

       Oddychałem miarowo, postrzegając wszystko z lekką nutą egocentryzmu, bijącego żarem w komórkach mojego ciała. Dawkowałem sobie powolne ruchy powiek, drżąc z powodu cichego bicia oszalałego serca. Mozg przejmował kontrolę nad moim ciałem, zacieśniając swoje kościste palce na gładkości szyi; nagle łóżko przestało wydawać się być bezpieczna oazą, zdecydowałem się na opuszczenie jego szpon, wychodząc z jego zabijającej wygody z niemałym jękiem protestu. Zmierzyłem w stronę kuchni, mijając po drodze wielkie, przestronne i szklane lustro, lokując swoje spojrzenie na jednej z sof, stojących w salonie, na której po chwili usadowiłem swoje pozbawione kontroli ciało. Miałem stąd idealny widok, zarówno na panoramę miasta, jak i Saszę, krzątającego się w kuchni, i przygotowującego nasz wspólny posiłek.

       Jego skóra miała barwę drewna tekowego, była ciemna i błyszczącą jak stary stół Królowej Marii, przy którym zwykłem jadać, racząc żołądek najlepszymi potrawami paryskich kucharzy. Jego oczy były intensywnie niebieskie, tak jak morze w czasie pełni Księżyca, kiedy żaden przypływ nie zagraża jego konsystencji. Był smukły i muskularny, z twarzą promieniującą królewską godnością, z jasnymi włosami spływającymi na ramiona. Cudowny było właściwym określeniem Saszy - nie piękny, pociągający czy urzekający. Był cudowny jak anioł - ponadczasowy, doskonały, niedostępny.

       Cisza między nami zdawała się być ukojeniem. Mogliśmy milczeć tak przez wiele minut i żadne z nas nie czułoby się skrępowane. Wtedy śniadanie zdążyłoby stracić swój smak, a Sasza usiadłby pomiędzy nogami swojej sofy i plecami oparłby się o jego podnóżek. Bawiłby się nietkniętymi owocami, co jakiś czas zerkając na moją twarz i świat zdawałby się wyglądać piękniej. I nawet jeśli w takiej chwili miałoby nas zastać południe, nie balibyśmy się spóźnienia, Sasza miał przecież swoje marzenia.

       Na szczęście, trwająca między nami niezręczność dobiegła końca. Spokój ulotnił się wraz z pierwszymi promieniami słońca, sączącymi się przez niebieskie żaluzje, prosto do zalanego bielą salonu.

- Zayn, śniadanie - rzekł głosem równie cudownym, jak on sam, głębokim i melodyjnym, przerywając swoją obecnością moje przemyślenia. Stał bliżej, niż myślałem. Rozchyliłem wargi, by uraczyć go nikłym uśmiechem, ale niezmącona błogość jego twarzy, przerwała mi, nim zdążyłem wypuścić pierwszy akord słowa.

- Po prostu jedz - powiedział, zanurzając swoje zgrabne palce w misie wypełnionej po brzegi różnobarwnym jedzeniem.

W pokoju unosił się intensywny zapach kawy i twarożku; muskał swoją wonią moje podniebienie. Opuszki palców przesączone były barwą słodkości owoców. W ustach nieważny był koloryt, lecz ta błogość, której uległem po raz pierwszy jako dziecko, przy próbie czegoś, czego nie znałem, a bardzo chciałem spróbować. Truskawki mąciły mój spokój ducha, świeżo parzona kawa wodziła moje zmysły na pokuszenie, a smak twarożku raczył swoją delikatnością różaną fakturę języka. Śniadanie, które zaserwował mi Sasza, miało królewski odsmak. Mogłem bez wyrzutów sumienia nazwać go swoim wybawicielem, który odnalazł mnie, kiedy najbardziej tego potrzebowałem.

- Dlaczego mi pomagasz? - spytałem.

Sasza obrzucił mnie spojrzeniem swych ciemnych oczu. Przez moment widziałem w nich uczucia, jedno po drugim: wyczerpanie, troskę, ulgę, zabawę, beznamiętność. Roztaczał wokół siebie zapach ulatniającej się wody kolońskiej, zmieszanej z drobinkami potu, okrywającymi jego półnagie ciało i intensywnym zapachem owoców. Maska powagi okrywała jego twarz przez resztę ciszy.

- Nie wyświadczam przysług za darmo. Za każdym razem dopisuję je do rachunku, a kiedy nachodzi mnie ochota, odbieram należącą mi się zapłatę.

Bylem pewien, że ton jego głosu nie przywodził na myśl żartów. Prawdę mówiąc, bylem przekonany, że mówił śmiertelnie poważnie.

- Moglibyśmy się umówić, że będziesz mi każdorazowo płacić za przysługę, ale uznałem, że z rachunkiem będzie łatwiej. - Uśmiechnął się drwiąco. Modelowy uśmiech drania.
Zmrużyłem oczy.

- Sprawia ci to przyjemność, prawda? To całe wykorzystywanie bezbronnych.

- Och, Zayn, boli mnie twój brak wiary we mnie - nieznacznie zmarszczył swoje jasne brwi. - Nie bój się, pewnego dnia pojawię się u ciebie, żeby pobrać zapłatę za te wszystkie przysługi, i wtedy naprawdę sprawi mi to przyjemność. - Zerknął na zegarek. - Zabawa innymi jest tylko dodatkiem. Sam najlepiej o tym wiesz.
- Jego wzrok ponownie padł na mały, szklany zegarek na skórzanym pasku, mieszczący się na jego lewym nadgarstku. - Będziemy musieli dokończyć tę pasjonującą dyskusję kiedy indziej. Musimy już iść. Dzisiaj zaczynasz nową pracę, a uwierz mi, Liam nie lubi czekać.

- Jasne - warknąłem, nawet nie próbując silić się na miły ton głosu. Zachowanie Saszy nie przypadło mi do gustu. Nie podobał mi się jego władczy ton, ani sposób, w jaki wypowiadał kierowane do mnie słowa; jakby był przekonany o ich wartości.

       Nie przypominał osoby, którą poznałem dzisiaj w nocy. Nie władała nim namiętność; nie ujarzmiał swojej bezpośredniości, skrywanej pod maską perfekcjonisty. Został estetą. Paryska maska została zastąpiona beznamiętnym wyrazem twarzy, rosyjska mentalność jego osoby przewyższyła szalę buntu. Stał się osobą, którą był, a nie tą, którą chciałem oglądać. Przez prosty gest chciał mi przekazać, że jestem tylko małą namiastką jego życia; nic nieznaczącym rozdziałem, który będzie mógł wykorzystywać tak długo, póki nachodzić będzie go na to ochota. Wpadłem w pułapkę. Jego mieszkanie przestało wydawać mi się być bezpieczną oazą. Ujrzałem mrok; nie mniejszy niż ten, który okalał moją duszę. W niewyjaśnionym tempie zabrałem wszystkie swoje rzeczy, nie kwapiąc się na stosowne pożegnanie. Wiedziałem, że za kilkadziesiąt milisekund nasze osoby znów się spotkają, tym razem na bezpiecznym gruncie, gdzie naprawdę będę mógł pokazać swoje prawdziwe oblicze. Tylko na tym mi teraz najbardziej zależało.

       Godzinę i trzynaście minut później, kiedy blade słońce nieśmiało przedzierało się przez chmury, po raz ostatni przejrzałem się w szklanej tafli lustra, spoglądając na moje ciało, otulone ulubionym, granatowym, lekko za dużym swetrem i ciemne spodnie, luźno zwisające na moich zgrabnych biodrach. Wśród całej tej perfekcji, subtelnego spojrzenia i nietuzinkowego doboru ubrań, nie słuchałem się zdrowego rozsądku. Dziesięć metrów nad ziemią, w moim przestronnym mieszkaniu, kryła się tajemnica, która każdego kolejnego dnia wyniszczała mnie powoli. Była toksyczna; w swoim zamiłowaniu utkwiła mnie w samym sercu rozgrywającej się w moich myślach wojny. Dzisiejszego dnia Sasza dołączył do grona wykorzystujących mnie osób; filmik z naszej namiętnej nocy trafił prosto do skrywającej wszystkie tajemnice szuflady. Jego nazwisko starannie przyozdobione zostało kilkoma uwagami, nadając naszemu kolejnemu spotkaniu wymowy specyficznej strefy.

       Mojej uwadze nie umknął cichy stukot niezgrabnie stawianych przez niego kroków, kiedy opuszczając windę, uraczył mnie dźwiękiem swojej obecności. Zaśmiałam się cicho, gdy otulał mnie uważnym spojrzeniem, bez żadnego skrepowania brnąc w naszą dziwną relację. Jego ciemne tęczówki z urzeczeniem muskały każdy detal mojej sylwetki, jakby to miało zmienić moje myśli dotyczące jego osoby. Nie kłopocząc się zapraszaniem go do środka mojego jestestwa, wbiegłem na zalany słońcem chodnik, gdzie delikatny podmuch wiatru podsunął mi pod nos intensywną woń męskich perfum, pasującą tylko do jednej znanej mi osoby.

- Hej - jego zachrypnięty głos dobiegł mnie zza moich pleców, przyprawiając ciało o niemiły dreszcz. Zacisnąłem dłonie w pieści. - Czekasz na zbawienie?

- Chcę się w końcu pozbyć złudzeń - przerwałem mu. - Zresztą to nie twoja sprawa.

- Zatem dlaczego tu jestem? - stanął tuż obok, spojrzał na mnie i westchnął spokojnie. - Muszę ci pomóc. Bezpiecznie odeskortować twoją piękną twarzyczkę do firmy Liama, zanim obojgu nam urwie jaja. No dalej, Zayn, chyba wiesz, ile jesteś wart.

Jego pewność siebie dotkliwie mnie irytowała. Znowu stał się rosyjskim znawcą, jednym z największych projektantów francuskiego domu mody. Moralność schował do kieszeni opinającej jego muskularne ramiona, kremowej marynarki. Wyglądał w niej nadzwyczaj profesjonalnie, co nie pomagało we wspólnej jeździe jego czarnym, wypolerowanym samochodem. Podróż jednym środkiem transportu wydawała się trwać wieczność, pośród której jedynym znajomym dźwiękiem było bicie mojego zestresowanego serca. Obecność Saszy w niczym mi nie pomagała. Najchętniej zostawiłbym go samego, pośrodku wszystkich tych nieoznakowanych dzieł miasta i sam zwiedził czekający na mnie budynek.

       Problem polegał w tym, że do spełnienia niniejszej czynności, potrzebowałem obecności Saszy. Wielkość wznoszących się ku górze wieżowców nie przytłaczała mnie. Byłem pewien, że budynek, w którym znajduje się firma Liama Payne'a, był jednym z renesansowych dzieł wielkich architektów. Zawsze tak wyobrażałem sobie siedzibę utalentowanego fotografa; w miejscu, w którym nie panował tłok, ani zbyteczny przepych. To miało być jego lokum, nie przyciągające wzroku natrętnych znawców sztuki. Wykwintne schronienie, w którym każdy odnalazłby swoje miejsce; z widokiem na miasto i otaczające je piękno. Chciałem trafić na najlepszy wybieg mody, i mocno wierzyłem w to, iż dom mody Payne'a mi na to pozwoli.

- Zayn, nie ociągajmy się, - wędrówkę spojrzenia po fakturze budynku przerwał mi Sasza - bo z tego, co widzę, czeka na nas towarzystwo - stwierdził, wskazując kciukiem jedno z wyżej usytuowanych pięter, znajdujących się niemal na samym końcu udekorowanego chmurami wieżowca. - I bynajmniej nie chodzi mi o tych wszystkich ludzi, krzątających się jak elfy Mikołaja w Boże Narodzenie po każdym piętrze, ale o twoich nowych pracodawców. Madame Angelique oczekuje tego, byśmy w jej ostatnim roku w branży, ukazali coś nietuzinkowego, coś, co pozwoli jej odejść na poziomie, niepokonanej. Mamy nadzieję, że drogą do tego sukcesu będziesz ty, więc wsiadaj do tej cholernej windy, przestań gapić się na wszystko dookoła, jakbyś widział to pierwszy raz; przywdziej na twarz profesjonalizm i pokaż, że ci zależy. Jak dzisiejszej nocy, jeśli wiesz, co mam na myśli. Chcę widzieć zawziętość w twoich oczach.

       Jego słowa nie były krzykiem paniki, lecz zapewnieniem o mocnym charakterze. Nie bał się powiedzieć mi prawdy. Nie po raz pierwszy okazywałem się być żywym dziełem sztuki; ciałem, które zostanie wystawione na użytek innych ludzi. Jeśli jedna z największych sław francuskich domów mody chciała ujrzeć piękno w czystej postaci, wystarczyło pokazać się jej z jak najlepszej strony, początkowo zaskarbiając sobie przychylność Liama. Ufała mu i liczyła się z jego decyzjami. Zacząłem myśleć, że dzięki tej decyzji, odmieni się nie tylko moje życie, ale również i życie mojego nowego mentora. Chciałem zacząć z nim współpracować.

       Jazda windą jeszcze nigdy nie była tak nużąca. Stałem pośrodku niej, po swojej prawej stronie mając nonszalancko opartego o jedną ze ścian, Saszę, z uśmiechem, przywdziewającym na myśl rozpuszczone dziecko, jakim niewątpliwie był. Sama podróż nie wydawała się być ciężka; to świadomość poznania największej inspiracji wpływała na mnie destrukcyjnie. Miałem wrażenie, że do mojego końca pozostało zaledwie kilkanaście sekund. Dźwięk otwierających się drzwi windy na właściwym piętrze mi w tym nie pomagał.

       Hall, jaki było mi dane ujrzeć, skąpił nowoczesnością. Jasne, przestrzenne ściany opierały się niebanalnym meblom, rozstawionym w czystym nieładzie po całej szerokości pomieszczenia. Na wprost windy usytuowany był kontuar, przy którym zwykł siadać recepcjonista; z prawej strony, pod oknem, gdzie rząd skórzanych sof przywoływał na myśl angielskie lobby, znajdowały się podłużne, szklane stoliki, ze stosikami czasopism o modzie na samym ich wierzchołku. Po lewej, na ścianie ozdobionej portretami sławnych osób, wisiało kilka nagród dla sztabu specjalistów zajmujących się wizerunkami znanych osób. Za nimi biegł korytarz, z całą pewnością prowadzący przez dębowe drewno podłogi do reszty pomieszczeń, w tym studia fotograficznego samego właściciela, gdzie w tym momencie najbardziej chciałem się znaleźć. Mógłbym tak stać i wpatrywać się w ten cudowny widok niezmierzonymi godzinami, gdyby nie fakt, że powietrze w pomieszczeniu nie było przeznaczone jedynie dla naszej dwójki - na wprost, z niebanalnym wyrazem twarzy stal sam Liam Payne, z grupką otaczających go osób.

       Liam na pierwszy rzut oka emanował spokojem ducha i łagodnością. Jego postawa pajała bezpieczeństwem. Nie znając go, mogłem z ręką na sercu stwierdzić, że jest idealnym przykładem wspaniałego obywatela, prawego człowieka i niesamowitego artysty. Bez zbędnej gry pozorów, urzekł mnie jego wygląd.

       Rękawy granatowej koszuli miał podwinięte, krawat niedbale zawiązany, a ciemne spodnie, opinające jego smukłe nogi, odziane czarnymi mokasynami, wysiały nisko na jego szczupłych biodrach. Wyglądał jak anioł - posiadał wydęte, malinowe usta, mocną linię szczęki, słodkie dołeczki w policzkach, które towarzyszyły jego szerokiemu uśmiechowi, lekko zadarty nos, piękne orzechowe oczy, które dostrzegłem mimo dzielącej nas odległości, i zmierzwione perfekcyjnością brązowe włosy na wyprofilowanej głowie.

        Stałem jak sparaliżowany, nie potrafiąc wykonać żadnego ruchu. Rękę zatrzymałem w połowie drogi do ust, na chwilę wstrzymałem oddech, śledząc dokładnie każdy jego ruch. Obserwowałem jego przymknięte powieki, okalane wachlarzem długich, ciemnych rzęs; zarysowaną szczękę i kilkudniowy zarost, nadzwyczaj przyjemny dla oka. Zmierzwione włosy z pewnością też były jego zasługą, gdyż nie wstrzymywał się od pociągnięcia ich za każdym razem, kiedy malinowe i ciepłe wargi, badały każdy milimetr otoczenia.

       Jego postawa była rozluźniona, ale oczy zdradzały co innego. Zyskały odcień czarnego marmuru i przeszywały mnie na wylot. Nie miałem wątpliwości, że roztoczył nade mną osąd. Byłem dla niego amatorem, który, by zaistnieć w świecie mody, spełniał zachcianki wyżej postawionych od niego osób. Trudno zresztą, żeby nie wiedział, biorąc pod uwagę to, że zarządzał wielką korporacją. Świadczyła o tym jego postawa.

       Zżerało mnie mdlące obrzydzenie i przerażenie. Widziałem wszystko wyraźnie: jego gładkie słowa, brązowe, błyszczące oczy, doświadczenie z uwodzeniem, kobietami, pracę z mężczyznami. Zamierzałem spoufalić się z diabłem.

       Rozchyliłem wargi, żeby coś powiedzieć, ale czułem się, jakbym miał usta wypełnione gwoździ.
Liam na każdym kroku, każdym oddechem, uderzeniem serca i ruchem powiek, uświadamiał mi, że jestem zerem. Utwierdzał mnie w przekonaniu, nie pozwolił na maleńką choć dozę nadziei, że jest inaczej. Jeszcze nigdy czyjeś spojrzenie nie sprawiło mi tyle bólu. Nawet Sasza stojący obok przestał dawkować mi wsparcie. Zostałem sam. Mój wzrok przeciwko jego. Moje podejście kontra podejście mojego szefa. Powinienem przygotować się na upadek.

- Liam, jak miło cię widzieć - do mojej podświadomości dotarł głos Saszy. Niepewnie spojrzałem na jego sylwetkę, niezwykle rozluźnioną, w dodatku pokojowo nastawioną, jakby jego wizyty w tym budynku były czymś zwyczajnym. Jego twarz nie wskazywała na to, aby słowa, którymi wcześniej mnie obdarzył zwiastować mogły moje rychłe potępienie. Był uśmiechnięty. - Liam, przyjacielu, poznaj swój nowy nabytek: Zayn Malik we własnej osobie - dokończył, a mnie zabrakło tchu.

~~

       Moje wczorajsze plany odnośnie powrotu do domu przed północą legły gruzem, jak zawsze zresztą. Jakbym mało miał problemów, jedna z moich modelek straciła przytomność podczas popołudniowej sesji zdjęciowej. Zabrałem ją do szpitala i jak się okazało, od dłuższego czasu zażywała środki, które miały jej pomóc w zrzuceniu kilku, według niej zbędnych kilogramów. Dziewczyna nabawiła się anemii, a ja zostałem zmuszony do przeprowadzenia z nią poważnej rozmowy na temat naszej dłuższej współpracy. Savannah przyznała, że jej narzeczony twierdził, że powinna schudnąć, bo nie zmieści się w suknię ślubną. Jak można powiedzieć coś takiego dziewczynie, która wagą ledwo mieści się w normie? Tak było wcześniej; teraz ma widoczną niedowagę. Trochę było w tym mojej winy. Louis już tydzień temu powiedział, że ma problem ze znalezieniem ciuchów pasujących na Savannah, a ja nie zareagowałem tak, jak powinienem. Do domu wróciłem dopiero po drugiej w nocy. Chyba nie muszę mówić, że Danielle zamknęła drzwi od sypialni i zostałem skazany na kanapę? W dodatku o mało nie pobiłem narzeczonego mojej modelki, który twierdził, że miał rację i jego kobieta teraz wygląda zdecydowanie lepiej. Ten tydzień zapowiadał się naprawdę fatalnie. Do godziny czwartej wierciłem się nie mogąc usnąć, a kiedy już mi się udało, po godzinie zadzwonił budzik. Zignorowałem go jednak i postanowiłem zaspać kolejny raz. Dobranoc.



~ 9:00 ~

*knock knock knock knock knock knock*



Co jest? Ktoś uparcie dobijał się do mojego domu, ale ja nie miałem siły się ruszyć. Usłyszałem, jak Danielle opuszcza sypialnię i otwiera drzwi. W momencie, kiedy do środka wszedł Louis i Harry, myślałem, że moja głowa eksploduje. Nikt nie potrafił narobić takiego hałasu, przekraczając próg, jak ci dwaj, a szczególnie ten młodszy.

- Styles, kretynie. Ciszej się nie da? To nie stodoła – wymamrotałem pod nosem.

- Jak nie stodoła, to co tu robi ta krowa? – wskazał głową na moją narzeczoną, a Louis wybuchnął śmiechem.

- Liam! – Danielle zbulwersowała się potwornie.

- Zamknijcie się wszyscy – stwierdziłem, podnosząc się do pionu.

- Ale ta dwójka pedałów mnie obraża! – Dan zmarszczyła brwi.

- Gdybyś była dla nich bardziej tolerancyjna, to raczej nie mieliby powodów, ale sama dobrze wiesz, że ocenianie ich po orientacji jest niewłaściwe – odpowiedziałem w obronie moich kumpli.

- No właśnie, droga kuzynko. To, że nie zamierzałem umawiać się z Eleanor, bo wolałem Harry’ego, nie daje ci prawda do najeżdżania na nas. – Louis objął swojego chłopaka w pasie.

- To całe wasze „gejostwo” jest chore. Powinni was z tego wyleczyć. – Danielle wywróciła oczami.

- Stop – powiedziałem zdecydowanie. – Dan, idź do  sypialni i nie wychodź stamtąd dopóki nie opuścimy domu. Nie mam ochoty na ciebie patrzeć – powiedziałem, w pełni świadomy tego, że moja narzeczona najprawdopodobniej spakuje się i pójdzie nocować do swojej przyjaciółki, dopóki jej nie przeproszę.

- Dlaczego ja nadal z tobą jestem? – zapytała z wściekłością.

- Wiesz, że wystarczy jedno twoje słowo, a się rozstaniemy – stwierdziłem, zmęczony tym wszystkim. – Tak nawiasem mówiąc, dziękuję za zamknięcie sypialni w moim własnym domu. Nie po to zapieprzałem od siedemnastego roku życia, żeby teraz spać na kanapie.

- Jeśli myślisz, że będziesz wracał o której tylko ci się podoba, to się mylisz! – podniosła głos.

- To moja robota. Wiesz o tym – wysyczałem.

- Więc do cholery wybierz między mną a pracą! – krzyknęła.

- Może powinniśmy sobie iść? – zapytał ostrożnie Louis.

- Nie. Danielle już wychodzi. Prawda? – odrzuciłem ją sztucznym uśmiechem.

- O czym ty mówisz? – wyglądała na zdziwioną.

- Weź rzeczy, idź do Eleanor, do jakiegoś przyjaciela, do rodziców - gdziekolwiek. Nie chcę cię dzisiaj widzieć. Mam dosyć twoich uwag na temat moich przyjaciół. Mam dosyć faktu, że nie kochałem się z własną narzeczoną od miesięcy! Po prostu wyjdź i wróć, jak zmienisz podejście. Usiłujesz zmusić mnie do wybrania między nimi a tobą. Kocham cię, ale wiesz, że wybiorę ich, bo takich jak ty mogę mieć na pęczki – skończyłem swoją wypowiedź i odwróciłem od niej wzrok. Widziałem zdziwienie na twarzy moich przyjaciół. Usłyszałem tylko, jak Danielle z wściekłością rzuca szklaną miską o kafelki na podłodze. Wzruszyłem tylko ramionami.

- Jeszcze będziesz błagał, żebym wróciła – powiedziała głosem, przesączonym jadem.

- Wynoś się.

Cóż za efektowny poranek. Oby reszta dnia minęła spokojnie, bo nie zniosę więcej stresów.



~ 10:00 ~



- Liam, poznaj moją siostrę Lottie. – Louis wskazał ręką na średniego wzrostu blondynkę z wielkimi, niebieskimi oczami.

- Witaj Lott. Gdyby Lou nie powiedział mi, że chcesz być sekretarką, to pomyślałbym, że przedstawia mi nową modelkę – zaśmiałem się, a na policzkach Lottie pojawił się rumieniec. – Nazywam się Liam Payne i będę twoim szefem, ale nie bój się, moich pracowników traktuję lepiej niż własną narzeczoną, więc nie będzie aż tak kiepsko. – Posłałem jej ciepłe spojrzenie, a ona tylko nieśmiało skinęła głową.

- Miło mi pana poznać. Jestem niesamowicie wdzięczna za danie mi szansy. Wiem, że wiele osób chciałby być na moim miejscu i mieć przyjemność z panem pracować. Żałuję, że Danielle nie poznała nas wcześniej – powiedziała swoim nadzwyczaj dojrzałym głosem.

- Słońce, mów mi Liam. – Posłałem w jej kierunku uśmiech, a jej dziecinna twarz się rozpromieniła.

- W porządku. Więc Liam... Wydaje mi się, że musimy popracować nad twoim planem dnia – stwierdziła, a ja jej przytaknąłem.

- Idź do mojego biura. Pierwsze drzwi po prawej. Za chwilę przyjdę. – Młoda skinęła głową i za chwilę już jej nie było. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, Louis już uderzył mnie jedną z teczek, które właśnie trzymał.

- „Gdyby Lou nie powiedział mi, że chcesz być sekretarką, to pomyślałbym, że przedstawia mi nową modelkę.”? Serio Payne?! – Louis patrzył na mnie z politowaniem.

- No co? – uniosłem brew.

- To moja siostra. Jeśli skończy w twoim łóżku, to cię wykastruję – powiedział, a ja miałem wrażenie, że mówi śmiertelnie poważnie.

- Wyluzuj. Ja po prostu chciałem, żeby poczuła się tu swobodnie. – Wzruszyłem ramionami.

- Zresztą, Liam jest wierny jak pies, więc nie liczyłbym na jakikolwiek skok w bok w jego wykonaniu – dorzucił Harry.

- Dokładnie. Wyluzuj, Tomlinson. Zawołajcie mnie, jak przyjdzie Sasza. Teraz popracuję z Lottie nad planem na ten tydzień. Szykuje się sporo roboty. Bądźcie gotowi. – Zaśmiałem się i opuściłem ich towarzystwo. Pora wziąć się do roboty.


~ 11:00 ~

- Liam, dzwonili, że Sasza i ten nowy już weszli do budynku. – Zza drzwi wyłoniła się postać Chloe, a ja skinąłem głową.

- W takim razie zabawę czas zacząć – stwierdziłem z uśmiechem na twarzy. Wyszedłem ze swojego biura i rozluźniłem krawat. Dlaczego się denerwowałem, skoro to ja dyktowałem warunki? Czułem, jak mój żołądek zawiązuje się w supeł, a ja nie mogłem temu zapobiec. Co zrobię jeśli zobaczę Zayna? Może będzie jednym z tych typów ludzi, którzy są tak pewni swojej perfekcji, że nie przyjmują do siebie żadnym uwag? Co jeśli będzie próbował pokazać mi, jak bardzo się myliłem nie przyjmując go wcześniej? Może Sasza chce mnie sprawdzić, dając mi nieznośnego dzieciaka z ładną buźką? Nie wiedziałem. Nie miałem pojęcia, co zrobię, więc postanowiłem raczej przybrać wyluzowaną postawę. Nie mogłem go do siebie zniechęcić. Potrzebowaliśmy go. Nie wierzę, że to przyznałem. Ja, Liam Payne, nie potrzebuję nikogo, a na pewno nie jakiegoś amatora. Bez względu na to, ile miał rekomendacji i ile osób się o niego zabijało, dla mnie nadal był żółtodziobem i szybko nie zmienię zdania. Spojrzałem na szeroki uśmiech Harry’ego i wywróciłem oczami.

- Zayn od początku był moim faworytem. Z jego włosami można zrobić tyle rzeczy! Jestem podekscytowany! – Młody był niesamowicie podjarany faktem, że Malik dołączy do naszej agencji, w przeciwieństwie do mnie. Nie lubiłem zatrudniać nowych ludzi. Nie lubiłem ich poznawać. Czułem się dobrze w naszym gronie. Za każdym razem, kiedy potrzebowałem kogoś przyjąć, musiałem zastanawiać się dwa tygodnie, czy to oby na pewno konieczne. Tym razem nastąpiło to z dnia na dzień. Nadal miałem wątpliwości.

- Przynajmniej ty się cieszysz. – Westchnąłem, lekko masując moje skronie.

- Będzie dobrze. To ty jesteś szefem. Głowa do góry. Nie możesz mu pokazać, że się denerwujesz. Bądź pewny siebie. Jeśli trzeba, bądź groźny, ale bądź, bo na razie jesteś zdecydowanie gdzieś indziej, a potrzebujemy cię tutaj. – Louis poklepał mnie po ramieniu. Wziąłem głęboki oddech, a drzwi się uchyliły. Jako pierwszego ujrzałem Saszę, co sprawiło, że poczułem się lepiej. Posłałem mu szeroki uśmiech i puściłem mu oko. Moje pewność siebie powróciła w momencie, kiedy mój rosyjski przyjaciel cwaniacko uniósł brew. Tuż po nim do pokoju wszedł on. Anioł, a może diabeł? Niczego w tym momencie nie byłem pewien. Na zdjęciach wyglądał dobrze, ale widząc go stojącego kilka metrów przede mną, na chwilę wstrzymałem oddech. Wyglądał niesamowicie. Jego wyraz twarz zdradzał jednak zmęczenie, a oczy pod wpływem mojego spojrzenia nie były już tak błyszczące i podekscytowane. Sprawdzałem go. Od góry do dołu, od dołu do góry. Teraz był niepewny. Widziałem to. Widziałem, jakby miał ochotę wybiec. Czułem, jakby żałował, że tu jest. Lecz ja nie mogłem na to pozwolić. Nie mogłem pozwolić na to, aby czuł się skrępowany. Potrzebowałem motyla z rozwiniętymi skrzydłami, a nie larwy. Ja tu jestem szefem, ale on musi współpracować. Na moja sympatię trzeba sobie zasłużyć.

- Liam, jak miło cię widzieć. – Sasza pokazał rząd swych śnieżnobiałych zębów. Starałem się ignorować obecność Zayna w moim studio, więc skupiłem się raczej na Saszy. – Liam, przyjacielu, poznaj swój nowy nabytek: Zayn Malik we własnej osobie. – Przelotnie obrzuciłem czarnowłosego spojrzeniem i skinąłem głową.

- Zobaczymy, co da się z niego zrobić – odpowiedziałem obojętnie, na co Harry zachichotał.

- Och, Harry. Zapomniałem o tobie. To niewybaczalne. – Sasza podszedł do mojego przyjaciela i lekko musnął ustami jego policzek, na co Louis kaszlnął, jakby chcąc zasygnalizować, że kędzierzawy należy do niego. – Witaj piękny. – Pokręciłem głową z politowaniem i zauważyłem, jak Chloe także z zażenowania wywraca oczami. Blondyn odwrócił głowę w kierunku Tommo, a ja poczułem, jak atmosfera robi się napięta. – Cześć Louis.

- Cześć. – Jak na zaborczego Tomlinsona przystało, od razu podszedł do swojego chłopaka, aby objąć go w pasie i złożyć na jego ustach delikatny pocałunek. W pomieszczeniu zapadła cisza, którą musiałem przerwać.

- Sasza, czyżbym nie zasłużył sobie na tak samo czułe powitanie, jak Harry? – zaśmiałem się krótko i spojrzałem na nadal niepewnego Zayna.

- Wybacz, Harry wygląda dziś cholernie dobrze. – Mój rosyjski przyjaciel uśmiechnął się szeroko, a ja zachichotałem. Po chwili zostałem obdarzony soczystym buziakiem w policzek. – Jak tam z Danielle? – Sasza zaczął rozmowę, jakby tu wcale nie chodziło o Zayna.

- Wyrzucił ją z domu – odezwał się kędzierzawy. – Bo obrażała mnie i Lou.

- O proszę – spojrzał na mnie z podziwem. – Malik, lekcja pierwsza; złe słowo na temat Harry’ego, a sam cię stąd wyrzucę, a za obrazę Tomlinsona, to już Liam cię ukarze. No i nie zapominajmy o przepięknej Chloe. Szacunek do kobiet, pamiętaj. – Zayn jedynie skinął głową z akceptacją.

- Nienawidzę też spóźnień – powiedziałem, przeszywając go wzrokiem.

- Liam jest tutaj jedyną osobą, która ma prawo się spóźnić. – Harry zaśmiał się głośno, a ja spiorunowałem go spojrzeniem. – Ale zawsze nam to wynagradza, nie martw się. Jak będziesz miał jakieś kłopoty z szefem, to możesz śmiało pogadać z nami. Mamy na niego swoje sposoby. Znam go od dziecka, więc nie musisz się martwić. – Styles wydawał się bardzo pozytywnie nastawiony w stosunku do Zayna. Trochę mnie to przerażało. Widziałem, że Malik chce coś powiedzieć, jednak nie dałem mu dojść do słowa.

- Nie toleruję także żadnego wychodzenia na papierosa w godzinach pracy. Po opuszczeniu studia możesz spalić ich nawet dwadzieścia, ale jeśli przyłapię cię na paleniu w toalecie lub gdziekolwiek indziej, to twoja kariera skończy się tak szybko, jak się zaczęła – mówiłem spokojnym głosem. Tym razem chyba zwątpił, czy mu się uda przestrzegać moich warunków.

- Od tej zasady nie ma wyjątków. Dlatego żaden z nas nie pali – powiedział Louis, który nadal ciasno obejmował Harry’ego.

- Och, Liam... – Sasza wywrócił oczami. – Trochę luzu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

- Żadnych papierosów. Skończyłem – powiedziałem z nieugiętym wyrazem twarzy.

- Niech ci będzie. Chloe, słoneczko, mogłabyś oprowadzić Zayna po budynku? – Blondyn usiadł na kanapie i posłał jej pytające spojrzenie.

- Raczej nie od tego tu jestem – warknęła.

- ChaCha, proszę... – zerknąłem na nią z prośbą w oczach.

- Robię to tylko dlatego, bo ty mnie o to prosisz. Sasza, raczej nie należysz do moich ulubieńców – posłała mu sztuczny uśmiech, jednak on to przemilczał. – Chodź Zayn, mam nadzieję, że poczujesz się tu, jak w domu.

Kiedy Chloe opuściła pomieszczenie, Louis także usiadł na kanapie sadzając Harry’ego na swoich kolanach, a ja dołączyłem do nich. Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę. Tak w zasadzie, to raczej Styles i Sasza urządzili sobie pogawędkę na temat środowego pokazu.

- …i właśnie dlatego potrzebuję jeszcze jednego fryzjera. Liczyłem na ciebie. – Blondyn używał każdej z możliwych sztuczek, aby Harry się zgodził. On naprawdę bardzo chciał go zaliczyć.

- Zgodziłbym się, ale ja i Louis mamy już plany. Bez względu na to, jak bardzo kocham moją robotę, to wybieram jego. – Wyraz twarzy Saszy w tym momencie był co najmniej bezcenny. Louis uśmiechnął się triumfalnie, a Harry zachichotał. Wiedziałem, że tak będzie.

- Rozumiem. Albo nie, nie rozumiem. Chociaż pewnie, gdybym wiedział, co to miłość, nie byłoby to dla mnie tak wielkim zaskoczeniem – wstał z kanapy, jakby urażony. – Będę się zbierał. Oby Zayn był grzeczny. Jeśli nie, to załatwię to w odpowiedni sposób.

- Na pewno dam znać w razie problemów – skinąłem głową.

- Trzymajcie się.
Kiedy Sasza sobie poszedł, jak gdyby nigdy nic poszedłem zrobić sobie herbatę. Zanim Chloe i Zayn wrócili, minęło około piętnastu minut. Kiedy przekroczyli drzwi, usłyszałem ich śmiechy i chichy. Spojrzałem na nich, a Malik od razu zamilkł.

- Hej, jest w porządku, Liam tylko szuka odpowiedniej scenerii do twojej próbnej sesji. Zastanawia się, co by do ciebie pasowało i tak dalej. To jest wersja pierwsza. Wersja druga, to po prostu fakt, że nie może się na ciebie napatrzyć. – Chloe zaśmiała się. – Wyluzuj. Sasza już sobie poszedł. Li zawsze udaje groźnego, kiedy ten blond kretyn się tu kręci.

- Chloe – powiedziałem, unosząc jedną brew.

- Już milczę – westchnęła. – Ale mógłbyś chociaż stwarzać pozory, że chcesz współpracować. Wszyscy wiemy, że nie lubisz podejmować pochopnych decyzji. Założę się, że Zayn też wolałby pojawić się tu w trochę innych okolicznościach. Przestań zachować się jak księżniczka, bo jedna przed chwilą stąd wyszła. – Chloe spiorunowała mnie spojrzeniem. Częściowo zignorowałem jej wywody i podszedłem do Malika na tyle blisko, że czułem jego oddech na swoich wargach.

- Wiesz co, Zayn? Może się mylę, co do ciebie, ale jednego jestem pewien: nie obchodzi mnie z kim i ile razy spałeś, żeby w efekcie znaleźć się u Saszy. Mam gdzieś ile czasu zajęło ci zbieranie tych wszystkich nic niewartych rekomendacji. Liczy się to, co pokażesz przed aparatem i na wybiegu. Nie wątpię w twój potencjał, ale szukam modela, a nie dziwki. Skoro już tu jesteś, to licz się z tym, że tu nikt z nikim nie sypia za awans. Ja musiałem ciężko zapieprzać, żeby być na szczycie i tobie też to radzę. Jeśli twoim celem było znalezienie się tutaj, to gratuluję, ale udowodnij mi, że się nie pomyliłem, zgadzając się na propozycję Saszy. Tylko tego chcę. Nie każ mi żałować, że przyjąłem amatora – wysyczałem, patrząc prosto w jego kasztanowe oczy. Po chwili poczułem, jak ktoś odsuwa mnie od mojego nowego modela.

- Payne! – Harry wydarł się na mnie. – Co się, do cholery, z tobą dzieje? Idź do siebie i ochłoń. Nie pamiętasz już jak nam wszystkim było ciężko na początku? Jak modliliśmy się, aby ktoś nas zarekomendował? Powinieneś się cieszyć, że postanowił wam pomóc, bo ta stara flądra zgnoiłaby was obu. Właśnie widzę twoją zasraną wdzięczność. – Styles był wściekły. Przesadziłem.

- Harry – głos Zayna dotarł do moich uszu, a po kręgosłupie przeszły mnie ciarki. Brzmiał jak anioł. – Poradzę sobie.

- Właśnie widzę, jak sobie dajesz radę – prychnął Harry, a ja poczułem skurcz w żołądku. Napięcie jakie panowało między mną a Zaynem, było ciężkie do zniesienia. Ledwo oddychałem. Każde uniesienie mojej klatki piersiowej sprawiało mi ból, jakby życie naprawdę bolało. Byłem pewny, że Malik nie skomentuje moich słów, ale najwidoczniej przeliczyłem się w chwili, gdy ponownie usłyszałem jego głos.

- Wiesz, Liam, podoba mi się twoja zawziętość. Lubisz dominować, to imponujące, ale ja w porównaniu do innych, jak się z tym obnosisz – amatorów - potrafię współpracować. Wiem ile jestem wart i jak wiele potrafię z siebie dać. Zawsze stawiam na swoim. Możesz od razu wyrzucić mnie, radząc sobie samemu, jak robiłeś to przez ostatnie lata i mieć z tego powodu kłopoty, jednocześnie unosząc się dumą, ale dobrze ci radzę, najpierw mnie poznaj i nie oczerniaj na oczach wszystkich, gdy w gruncie rzeczy nic o mnie nie wiesz. – Jego słowa, choć wypowiedziane pod wpływem chwili wypływały z jego ust z takim spokojem, że poczułem się przegrany. Wpatrując się w jego ciemne oczy bez problemu dostrzegłem tam ból moich wcześniej wypowiedzianych słów. Nie krył się w tym. Był prawdziwy, niczego nie udawał. Byłem pod wrażeniem. Mimo strachu jaki mu towarzyszył, mężnie bronił swoich racji i jeśli mam być szczery, zaimponował mi. Z każdym wypowiedzianym przez niego słowem, odległość między nami się zmniejszała. Z tej perspektywy mogłem dostrzec tańczące iskierki furii w jego ciemnych tęczówkach, pod wpływem których zaschło mi w gardle. Duma sparaliżowała moje ciało. – Absolutnie nic – dodał na wydechu, a ja poczułem, jak w jednej chwili dobry humor, jeśli moje wcześniejsze samopoczucie można było określić mianem dobrego, wyparowuje ze mnie. Pod wpływem jego słów poczułem się mały, mimo iż Malik nie górował nade mną wzrostem, wręcz przeciwnie – był ze mną na równi.

- Jutro o ósmej masz się tutaj stawić. Ani minuty spóźnienia – stwierdziłem drżącym głosem i nie czekając na akceptację, odwróciłem się, aby zamknąć się za drzwiami mojej samotni. Moje biuro posiadało to, czego nie miało mieszkania należące do mnie i Danielle – spokój i ciszę, no i ewentualnie czekoladki z likierem. Usiadłem na moim miękkim fotelu i chwyciłem po słodkość zawiniętą w sreberko. Ugryzłem kawałek, aby dostać się do alkoholu zawartego w środku i przechyliłem, aby cała zawartość znalazła się w moich ustach i wyrzuciłem resztę czekoladki. W zasadzie tylko po to je jadłem. Trzęsącymi z nerwów rękoma chwyciłem telefon i wybrałem numer doskonale znanego mi blondyna. Pora się zabawić.

- Sasza? Załatw mi kogoś na wieczór. Albo się zrelaksuję albo zwariuję.

~*~

A/N: Tym razem to Dee dodaje rozdział :D Cóż, ten rozdział troszkę czasu leżał na naszych dyskach, ale chyba warto było czekać, co? :) Pierwsze spotkanie Zayna i Liama mamy już za sobą. Teraz będzie już tylko ciekawiej. Rozdział wyjątkowo długi :D Cóż, mamy nadzieję, że Wam się podobało. :)

20 komentarzy:

  1. Niewolnik własnego łóżka? Wszyscy jesteśmy czyimiś ilotami, a tu Zayn jest naszym. W każdym z nas drzemie Sasza, bezwzględny Rosjanin, który kocha i nienawidzi zarazem.
    Czekam na Francescę ( if you know what I mean) ♥

    boskie, cudne, nietuzinkowe, wyczekane, zaspokojone.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy3/31/2013

    hej kiedy nn ?? czekam na dalszy rozwoj ;))oh zaynnn <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurde. Nigdy jeszcze nie czytałam takiego długiego rozdziału :D Bardzo mi się podoba Twój styl pisania. Z takimi umiejętnościami mogłabyś pisać książki :) Życzę weny i czekam na następny rozdział! <3
    Much Love,
    @FreeHugs_xx

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy4/02/2013

    Czy warto było czekać?! Zdecydowanie TAK! Mało jest opowiadań, które powodują u mnie radość, kiedy widzę nowy odcinek, a podczas czytania tekstu budzą we mnie jakiś rodzaj ekscytacji, ale Wasze należy do tego grona absolutnie. :) Postacie, które wykreowałyście są fantastyczne, aż człowiekowi robi się smutno, kiedy nadchodzi koniec odcinka. No i to taka oczywista oczywistość: piszecie obłędnie! Ile ja bym dała za taki talent!

    Pierwsze spotkanie Zayna i Liama, na które czekaliśmy, a moją jedyną reakcją jest: jgvkhdfvbfdlkjbngbjunvkdfjavbfhjbv, bo nie potrafię znaleźć słów, które wyrażą, to co teraz czuję. To jakiś rodzaj radości pomieszany z podziwem, tak sądzę. Nie dziwię się Liamowi, że wyrzucił Danielle z domu. Pomijając jej brak tolerancji do Harry'ego i Louisa, kazanie wybierać pomiędzy nią, a jego przyjaciółmi, było poniżej granicy. Wiadomo, że od razu staje się na pozycji straconej, w końcu przyjaciele są na całe życie, najlepsi... są aniołami. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, jak można kogoś stawiać przed takim wyborem, więc po prostu dziewczyna ma u mnie wielkiego minusa i wątpię, aby to się zmieniło.
    Jestem zauroczona zazdrosnym Louisem, która najchętniej na każdym kroku pokazywałby, że Harry należy do niego. Ich miłość jest piękna. *__* A Harry ze swoim entuzjazm do wszystkiego i taką radością zaraz stanie się moim ulubionym bohaterem, serio. :D
    Mam nadzieję, że na trzeci odcinek nie będę musiała tak długo czekać, bo jestem strasznie ciekawa, jak wyjdzie współpraca Liama z Zaynem. :D
    Pozdrawiam Was cieplutko i wysyłam moc uścisków!
    pookolorowana

    PS. Znowu sprawiłyście, że w pierwszy dzień pracy w nowym tygodniu się uśmiechnęłam i dzień staje się lepszy! Dobrze, że jest mniej pracy i mogłam w spokoju przeczytać ten odcinek. :D Wracam do pracy!

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy4/06/2013

    już nie mogę się doczekać następnego rozdziału:)) opowiadanie zapowiada się zajebiście!!!!!:D życzę dużo weny;**

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy4/11/2013

    Kiedy nn : o ??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że w przyszłym tygodniu powinien się pojawić. Jeśli oczywiście go skończymy. ;)
      - JBluvsBabycakes

      Usuń
  7. Anonimowy4/16/2013

    Czekamy czekamy czekamy !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiemy, i naprawdę przepraszamy was za to, że to tak długo trwało. :(
      - JBluvsBabycakes

      Usuń
  8. Anonimowy4/19/2013

    nn :((((

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie dodałyśmy. :)
      - JBluvsBabycakes

      Usuń
  9. Anonimowy4/27/2013

    Strasznie długo karzecie czekać ;<!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staramy się, ale nie mamy zbyt wiele czasu. Teraz rozdziały powinny zacząć pojawiać się regularnie. :)
      - JBluvsBabycakes

      Usuń
  10. Anonimowy5/01/2013

    Będziecie jeszcze wgl coś tu dodawać ;d ??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zamierzamy zostawiać tego bloga; zbyt mocno kochamy tę historię. :)
      - JBluvsBabycakes

      Usuń
  11. Mogę powiedzieć, ze dość długo karzecie czekać na kolejny rozdział, ale opłaca się trochę pomęczyć. Rozdziały są dobrej długości, przemyślane. Jednym słowem: fantastyczne.

    [SPAM]
    Ruszyłam właśnie z opowiadaniem o Ziallu. Dopiero zaczynam stawać pierwsze kroczki w świecie FF, ale staram się jak mogę i przydałaby mi się opinia kogoś bardziej "wtajemniczonego" Zapraszam Xx - http://just-you-and-the-clock.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, nie ma problemu; spróbuję jutro zajrzeć i zostawić po sobie jakiś ślad. :)
      - JBluvsBabycakes

      Usuń
  12. Anonimowy5/06/2013

    Kiedy ku*wa rozdział!?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie dzisiaj został dodany. :)
      - JBluvsBabycakes

      Usuń